Tak dobrze i pięknie być sobą.

 

O akceptacji i „samomiłości” wiele już napisano, wiele porad udzielono ale wydaje mi się, że ten temat jest zawsze aktualny. W świecie w którym tak wiele jest oceniania, przypisywania ról, oczekiwania i wymagania by wszystko było więcej, szybciej i bardziej, trudno jest znaleźć prawdziwego siebie i tak po prostu bez żadnej oceny i etykietki pokochania. 
 
Czasem mam wrażenie, że ta praca nad pielęgnowaniem miłości do swojej osoby, nad akceptowaniem z niedoskonałościami nie tylko ciała ale i faktem, że nie we wszystkim możemy czy musimy być najlepsi, trwa niezmiennie całe życie. 
 

Mówi się, że aby ktoś mógł nas prawdziwie pokochać, najpierw sami musimy pokochać siebie.. Nie do końca mogę się z tym zgodzić, choć może w wielu przypadkach tak właśnie jest. W moim było tak, że najpierw miłość i akceptację otrzymałam od najbliższych, później sama nauczyłam się dostrzegać to, że jako człowiek, jako kobieta, partnerka i osoba w każdej innej życiowej roli jaką przychodzi mi przyjmować – jestem wyjątkowa. Niepowtarzalna. I Ty też jesteś, tylko musisz nauczyć się to dostrzegać. 

To poczucie akceptacji i „samomiłość” są cudownie wspierane przez uczenie się dystansu do siebie. Podam Ci przykład. Kucharka ze mnie raczej przeciętna. Owszem, są dania z których jestem dumna ilekroć je przygotowuję ale często zdarza mi się w kuchni próbować innowacji, które kończą się zamówieniem pizzy z dowozem pod drzwi. Nie zniechęca mnie to. Kiedyś jednak, każdą „porażkę” kulinarną, każdą zbyt ostrą/słoną/słodką/wysuszoną itp. potrawę przeżywałabym kolejne dwa dni, wyrzucając sobie, że jestem do niczego, że żadna ze mnie „Pani domu”, że jak tego nie zmienię, to mój przyszły mąż i dzieci będą miały ze mną kiepsko i będą jeść u znajomych lub wpadać do McDonald’s po drodze do domu. 
Dziś widzę to zupełnie inaczej. Dziś jak mi coś nie wyjdzie, to śmieję się w głos! Jak wyjdzie, to skaczę z radości i czuję dumę. 
 
P.s. Dziś na przykład robiłam zupę tajską, tylko że planowo miała być raczej łagodna niż bardzo ostra i makaronu powinna być taka ilość, żeby łyżka nie stawała w garnku…no cóż.. 😉
 

 

Spoglądając nieco wstecz, widzę jaką drogę już przebyłam i ile pracy nad sobą wykonałam. Pokochałam tę najprawdziwszą wersję siebie i wiecie co, to świetne uczucie! 
Lubię swój upór, lubię to że nie robię problemów tam gdzie ich nie ma, lubię swoje poczucie humoru i konsekwencję w działaniu, gdy zależy mi na osiągnięciu celu. Lubię to, że gubię się nawet na parkingu, że zależy mi na ludziach i tak bardzo boli mnie ich krzywda. I lubię siebie za miłość do ludzi i zwierząt, za to że nie jestem obojętna, za to że jestem rodzinna – rodzina jest dla mnie ogromną wartością, zawsze znajdę dla niej czas. 
 
Lubię siebie też swoją fizyczność. Lubię swoje nogi (choć od dziecka ich nie cierpiałam i były dla mnie największym kompleksem, prawie tak wielkim jak małe usta). Lubię swoją twarz, zwłaszcza uśmiechniętą. Lubię swoje cienkie i piórkowate włosy, dłonie i kobiecą sylwetkę. 
 
I wiesz co, pokochałam to wszystko i wiele więcej w sobie w momencie kiedy ujrzałam siebie oczami mojego partnera. Zobaczyłam coś, co dało mi impuls do przyjrzenia się sobie zupełnie szczerze i bez oceniania. Pomogły mi też sesje coachingowe, na których zobaczyłam i nazwałam swoje mocne strony i po prostu je przyjęłam. Pomogła mi praca z ludźmi, bo zobaczyłam jak różni jesteśmy jedni od drugich i jak wyjątkowi. 
 
 
Życzę Ci Kochana, abyś – jeżeli jeszcze tego nie zrobiłaś, odkryła to jak wyjątkową osobą jesteś i ile masz w sobie piękna.
 

Nie istnieje nic takiego jak stracone szanse.

 
Ten wpis zaczęłam przygotowywać już jakiś czas temu. Jednak dziś dopiero poczułam, że jestem gotowa by go dokończyć i opublikować. Dlaczego temat straconych szans był dla mnie trudny do skonfrontowania z samą sobą? Być może, choć wiedziałam że zdanie zawarte w tytule jest słuszne, pod skórą czułam że nie do końca jego słuszność stosuję w życiu? 
 
Już kilka razy „zaczynałam od nowa”. Czy to w kwestii szkół które wybierałam, znajomości jakie zawierałam czy choćby tak prozaicznych działań jak przejście na wegetarianizm lub nauka nowego języka. W życiu nie zawsze jest tak, że idzie jak z płatka. O ile w kwestii diety byłam w stanie przeboleć kolejną „porażkę” w postaci steka z frytkami zamiast falafela (po jakimś czasie dopiero dotarło do mnie, że nie muszę całkowicie rezygnować z mięsa, przynajmniej nie tak gwałtownie, mogę po prostu mięso znacznie ograniczyć bez katowania się za zjedzenie burgera), o tyle już w kwestiach o wyższej randze w moim systemie wartości i ważności jak relacje z ludźmi czy decyzje edukacyjno-zawodowe nie było tak łatwo. 
 

 

Czy istnieją stracone szanse? Dla mnie nie! Każda sytuacja, w której coś nie „nie wyszło”, coś się skończyło lub gdzieś powinęła mi się noga – ostatecznie otwierała zupełnie nowe drzwi za którymi czekało coś wspaniałego!
Przykłady? Gdyby nie decyzja, żeby przerwać po dwóch latach pierwsze studia na jakie poszłam – optykę okularową z optometrią (nie od razu czułam się z tą decyzją dobrze i komfortowo, bo była wbrew niemal wszystkim „dobrym radom” jakie słyszałam) – zapewne do dziś nie odkryłabym, że to praca z ludźmi daje mi największą satysfakcję, niekoniecznie robienie i dobieranie okularów. Pamiętam, że gdy postanowiłam zrobić ten krok kilka lat temu tylko P. wspierał tę decyzję i wierzył, że jest dobra bo ja tak czuję, bez oceniania i doradzania.
Gdyby nie kilka pogmatwanych relacji w moim życiu, które zakończyły się bolesnym fiaskiem – pewnie nie spotkałabym miłości swego życia, mojego P. 
Gdyby praca nie przeszkodziła nam niemal dwa lata temu w wyjeździe na wakacje, dziś nie byłoby z nami naszego adopciaka – Gustawa. To właśnie wtedy postanowiliśmy z P., że w sumie skoro zostajemy to może spełnimy nasze marzenie o małym czworonożnym przyjacielu, może damy mu dom. To była świetna decyzja, bo ten kundelek totalnie wypełnił nasz dom, nie wyobrażamy sobie dziś naszych czterech ścian bez niego. 
 
Znalazłabym jeszcze kilka takich sytuacji. Chodzi mi jednak o to, żebyś nie biczowała się za to że jakieś drzwi się zamknęły, że jakiś człowiek/ludzie zniknęli z Twojego życia. Tak się po prostu dzieje. Jeżeli żyjesz w zgodzie ze sobą, stawiasz granice – to zawsze znajdzie się ktoś komu to nie będzie pasowało i być może odejdzie. Na jego miejscu pojawi się ktoś inny, dla którego Twoja indywidualność będzie czymś normalnym, nie będzie chciał tego na siłę zmieniać. 
 
Ja dziś na takie sytuacje nie patrzę jak na „stracone szanse” ale po prostu zmiany, lekcje, nowe możliwości. Nie zawsze jest łatwo, lekko i przyjemnie – nie w tym przecież rzecz. Chodzi o to, by nadawać tym zdarzeniom sens i akceptować fakt, że występują. Tylko tyle i aż tyle 🙂
 
 

Po nitce do kłębka – czyli jak dbać o relację w związku.

 
Relacje w związku to z jednej strony temat rzeka, o którym tak wiele już powiedziano – z drugiej jednak patrząc na ilość rozstań/rozwodów w ostatnich latach to jednak chyba wciąż o relacjach niewiele wiemy. Czy można z drugą połową przeżyć całe życie i nie tracić ognia, który przez pierwszy okres jest tak silny? Czy można zbudować z partnerem relację trwałą, stabilną i taką, która przetrwa wszystkie kryzysowe etapy wspólnego pożycia?
 
Uważam, że można i warto jednak wymaga to woli i pracy obojga PARTNERÓW. Dlaczego podkreślam to słowo? Bo niestety nie zawsze na partnerstwie opierają się relacje miłosne, a to już pierwszy stopień do niepowodzenia. 
Temat relacji między kobietą, a mężczyzną zawsze mnie fascynował. Złożoność związków, trwałość i oczywiście jakość wspólnego życia. Dlatego postanowiłam przyjrzeć się temu bliżej wykorzystując nieco fakt, że uczestniczyłam ostatnio w ramach Psychologii Pozytywnej w warsztatach na temat takowych relacji właśnie. 
 
Podczas warsztatów jednym z ćwiczeń było podawanie – przy jednoczesnym rzucaniu sobie nawzajem w grupie piłki – filarów związku partnerskiego. Padały różne hasła, jednak te które pojawiały się najczęściej to wolność (w związku nie ma czegoś takiego jak „dokręcanie śruby”, bo nie żyjesz z robotem tylko z człowiekiem, którego albo akceptujesz i kochasz takiego jakim jest albo nie), miłość, seks, czułość, przyjaźń, partnerstwo i wzajemny szacunek, wspólne spędzanie czasu (we dwoje, bez dzieci/przyjaciół/rodziny). 
To wszystko jest bardzo ważne i pozwala na pielęgnowanie związku. 
 
 
Wiecie, że według badań Gottman’ów (pary terapeutów, którzy lata poświęcili na badania i doświadczenia, których wyniki mogą pomóc w pracy nad związkiem) partnerzy/małżonkowie powinni spędzać minimum 5 godzin tygodniowo na pielęgnowaniu swojej relacji? Te pięć godzin zawiera także ok. 2 godzin cotygodniowej randki, rozmowy rano przy kawie czy też wieczorem po kolacji. Gottman’owie, mówią też o tym jak bardzo istotne jest to aby być na bieżąco z tym co dzieje się w życiu naszej „lepszej połowy”, jakie są jej/jego pragnienia i marzenia ale też co spotkało go w ciągu dnia lub czeka na niego jutro w pracy. Okazywanie sobie wsparcia i dawanie poczucia „my kontra cały świat”, nieważne co by się nie działo pomaga drugiej osobie rozluźnić się i poczuć dobrze. A przecież nikt z nas nie chce aby jego najbliższa osoba czuła się spięta, niedowartościowana lub zaniepokojona. 
 
Po warsztatach coś co czułam najbardziej to ogromna wdzięczność za mojego partnera. Osobę świadomą tego, że związek wymaga pracy i zaangażowania i chętną by taką dobrą relację ze mną tworzyć. Kogoś dla kogo jestem ważna. Życzę każdemu by trafił w życiu na taką osobę, dla której będzie najważniejszy. Przy której będzie prawdziwie sobą, bez masek, powinności. 
 

 

Doskonale wiem, że nie zawsze w relacjach tak jest. Co można zrobić, by sobie pomóc? 
 
  • Porozmawiać przy kawie rano – znaleźć czas by z początkiem dnia zainteresować się tym co czeka naszą drugą połowę w pracy. Jakie wyzwania, jakie obawy czy też jakie przyjemne doświadczenia.
  • Umówić się na cotygodniową randkę. To może wydawać się niełatwe ale jeżeli zaczniemy od jednej randki w miesiącu, to już brzmi lepiej, prawda? Może jest coś co lubicie robić razem? Może po prostu otwórzcie butelkę wina i włącznie film, który oboje Was zainteresuje?
  • Dawać sobie znać, że o sobie pamiętamy. Jak miło jest dostać w ciągu dnia wiadomość, choćby krótkie „kocham Cię”, „dziękuję, że jesteś”, „myślę o Tobie”. Dobrze jest czuć, że dla kogoś jesteśmy najważniejsi.
 
To tylko trzy drobne wskazówki. Choć domyślam się, że znajdą się tacy, dla których będą wydawały się bardzo trudne do zrealizowania, bo są dzieci i wiele obowiązków, inny tryb pracy itp. Tutaj podpowiedź jest jedna. Jeżeli Twój związek jest dla Ciebie priorytetem, znajdziesz chęci i czas. To decyzja, którą trzeba podjąć. Pytanie, czy Twoja relacja z mężem/żoną/partnerem/partnerką jest wystarczająco ważna? 
 
Warto pracować nad związkiem. Warto żyć ze sobą, a nie obok siebie. Z jakiegoś powodu podjęliście kiedyś decyzję by być razem, może czas by sobie o tym przypomnieć? 
Warto dbać o uczucie, bo czym byłoby życie bez miłości..
 

Cud-miód burgery po mojemu i początek kulinarnej przygody.

Burgery, moja skryta kulinarna miłość od zawsze. To właśnie ogromna ochota na ich zjedzenie natchnęła mnie do napisania tego postu 😉
 
Jako, że w kuchni jeszcze do niedawna czułam się jak na księżycu – średnio pewnie i średnio mi się po tym obszarze udawało poruszać – to zazwyczaj na prostych daniach się kończyło. 
Jakiś czas temu odkryłam, że gotowanie sprawia mi niesamowitą frajdę! A im bardziej skomplikowany przepis, im więcej rzeczy mogę wykonać home-made tym zabawa ciekawsza i bardziej angażująca. Pomyślałam też, że nie muszę być ekspertem kulinarnym, by o gotowaniu pisać. Stąd pomysł na nową zakładkę Jedzenie i na to by pod nią zamieszczać od czasu do czasu wpisy bardzo kulinarne i bardzo po mojemu. Te udane i te, które okazały się klapą.
 
Znajdziecie też trochę zdjęć, bo sama wiem że uwielbiam  kiedy w przepisach i wpisach na temat jedzenia są zdjęcia. Bez nich, to nie to samo. Zdjęcia umilają czytanie i pobudzają wyobraźnię, a dla takich wielbicieli jedzenia jak ja, są też świetnym pobudzaczem apetytu.
 
 
No i tak się jakoś ta moja historia z gotowaniem i eksperymentowaniem w kuchni zaczęła ku uciesze mojego P. Oczywiście nie zawsze wychodzi tak perfekcyjnie jakbym chciała ale doszłam do wniosku, że i tu jak wszędzie indziej potrzebna jest praktyka i próbowanie. 
 
Dziś na przykład spędziłam w kuchni pół dnia, bo wspomniane wyżej cudowne burgery postanowiłam przyrządzić ze „swoich produktów”. 
 
Najpierw upiekłam bułeczki z przepisu @kwestiasmaku – wyszły cudowne! Podpieczone na złoty kolor, posypane chrupiącym sezamem i mięciutkie w środku. Jak wspaniale, że wyszło ich aż dziesięć, bo to oznacza, że mogę je jeść nie tylko do burgerów na obiad ale i jako kanapkę na kolację!
 
 
Oddzielnie zrobiłam domowy sos BBQ, na bazie sosu Worcestershire, czerwonego wytrawnego wina i sosu sojowego, pokroiłam warzywa i przygotowałam plasterki sera. 
Dodatkowo w czerwonym winie, cukrze trzcinowym i odrobinie ostu przyrządziłam czerwoną cebulkę.
 
Dla P. zrobiłam kotlety wołowe, takie tradycyjne burgerowe, dla siebie kotlet z ciecierzycy. Właściwie masa na niego była przygotowana jak na falafel i podpieczona w piekarniku (z pozostałej masy przy okazji zrobiłam mini falafele, które uwielbiam podawać z sosem ziołowym i surowymi warzywami). 
 
Teraz mogę z nieskrywaną przyjemnością zjeść burgera! Kolejne kulinarne podboje niebawem 😉
 
Buziaki! <3
 

Prawdziwych przyjaciół poznajemy w bogactwie (nie w biedzie).

Znasz to stare, (nie)prawdziwe przysłowie? Słyszę je od dziecka i z każdym kolejnym rokiem, coraz bardziej się z nim nie zgadzam. Dlaczego? Dlatego, że zauważam, że ludziom o wiele łatwiej jest współczuć, łączyć się w bólu i poklepać po plecach gdy jest nam smutno, a trudniej pogratulować (szczerze) i cieszyć się gdy osiągamy sukces, spotyka nas coś dobrego.

Mam koleżankę, nazwijmy ją Ania. Ania jest świetną babką, która prowadzi swoją firmę, wychowuje samotnie dziecko. Ania jest towarzyska, uśmiechnięta i otacza ją grono przyjaciół, zawsze chętnych na butelkę wina i dobre jedzonko kiedy dzieci już są ułożone do spania i wszystkie trudy dnia codziennego są już za nimi.
Pewnego dnia, Ania poznaje Krzysia. Krzyś staje się dużą częścią jej życia. Razem tworzą rodzinę i siłą rzeczy czasu na wino z koleżankami robi się mniej, na rzecz wina z ukochanym. Normalne. Na ten temat nie będę dyskutować, bo uważam, że to naturalne że kiedy jesteśmy w związku, zależy nam na budowaniu relacji i spędzaniu czasu z partnerem. Dołóżmy do tego pracę i wychowanie dziecka i czasu na przyjaciółki, mimo najszczerszych chęci jest po prostu mniej. Nie oznacza to, że Ania pochłonięta „nowym” życiem odstawiła wszystkich na bok, nie znaczy to też że w jakikolwiek sposób zaniedbała  przyjaciółki. Tak dla jasności. 
 
 
Problem był jednak w tym, że odkąd Ani zaczęło się układać w życiu uczuciowym, które kulało u przyjaciółek, te zamiast jej kibicować i cieszyć się jej szczęściem – na tym de facto chyba polega przyjaźń – odwróciły się od niej, twierdząc że się zmieniła, że już do nich nie pasuje i odstawiła je „dla faceta”.
 
Ania nie jest jedynym przypadkiem jaki znam, w którym to pseudo przyjaciele byli obecni w biedzie, a gdy tylko w jakimkolwiek obszarze wybiła się ponad nich, przestali być przyjaciółmi. Takich sytuacji znam wiele, czy to z obszaru związku, pieniędzy czy innych sukcesów. 
 
Swoją drogą, zrobienie czegoś odmiennie niż wszyscy i osiągnięcie sukcesu to świetny sposób na tak zwaną eliminację. Zostaną tylko Ci, którzy szczerze są Twoimi przyjaciółmi, którzy dobrze Ci życzą i trzymają za Ciebie kciuki. 
 
Przyjaciel, to prawdziwy skarb. Czy masz go w swoim partnerze, osobie z dzieciństwa czy też w mamie, siostrze czy bracie – pielęgnuj prawdziwą przyjaźń. 
 
Życzę Ci jej z całego serca!

To był zdecydowanie dobry rok!

Początek roku skłania do chwili refleksji. To dobra okazja aby pomyśleć, za co jesteśmy wdzięczni, z czego dumni, w czym zrobiliśmy postępy i jednocześnie do zaplanowania celów na kolejny rok. 
 
Oczywiście, możesz to zrobić „w głowie” jeżeli tak jest dla Ciebie lepiej, dla mnie jednak od zawsze słowo pisane miało jakieś szczególne znaczenie. Dlatego właśnie na przełomie grudnia i stycznia roku kolejnego, siadam na chwilę w fotelu i piszę..
I wiesz co sobie myślę? Ileż w tym roku się wydarzyło!
Zarówno w obszarze rozwoju zawodowego, mojego rozwoju jako młodej kobiety i po prostu człowieka ale także w naszym rodzinnym gniazdku.
 
W tym roku zawodowo weszłam na inny poziom. Dużo się nauczyłam. Ostatnie kilka miesięcy było bardzo intensywnie każdej sferze. Rozpoczęłam nowe studia z obszaru, który od zawsze mnie fascynował – psychologii. Poznałam niesamowitych ludzi, od których czerpię garściami mądrość życiową i doświadczenie – a to coś niesamowicie cennego.
 
Przeszłam proces coachingowy z którego niesamowicie wiele wyciągnęłam. Wykonałam kawał dobrej roboty i choć wciąż zauważam jakie obszary mojego „ja” wymagają pochylenia się – praca nad sobą to nie coś co „wkujesz na pamięć i już masz”, to proces – to po tych kilku miesiącach widzę u siebie ogromne zmiany. Zainspirowało mnie to mocno do rozważenia nowych kierunków zawodowych, ale o tym może innym razem 😉
 
 
 
 
Chyba największym wydarzeniem tego roku jest fakt, że zaręczyliśmy się z P, i tak tym szczęściem zarażamy już od jakiegoś czasu, planując jednocześnie ślub – coś wspaniałego i ekscytującego!
Przede wszystkim jednak cieszę się, że kolejny wspólny rok za nami, że nie ważne co się wydarzyło czy wydarzy to mamy siebie, stoimy za sobą murem i wspieramy się każdego dnia. Obserwuję jak z roku na rok nasz związek ewoluuje i zmienia się na coraz lepsze. Mieć taką osobę przy boku, to prawdziwe szczęście i żadne skarby świata tego nie zastąpią. Życzę tego każdemu z całego serca. 
 
Ostatnie 12 miesięcy było też czasem spełniania marzeń, także tych podróżniczych. P postanowił spełnić moje największe i pojechaliśmy do Stanów! Od dziecka marzyłam, by zobaczyć to wszystko na własne oczy, żeby spróbować kawy na „dolewki” w śniadaniówce rodem z filmu, jedząc przy tym pankejki z syropem klonowym i podbierając bekon z talerza P. 
Zwiedzając San Francisco i okolice, zrobiliśmy pieszo jakieś 500 km, a dla mnie taki aktywny wypoczynek i zwiedzanie, to po prostu pełnia szczęścia!
 
To było jedno z tych przeżyć, którym jeszcze nie dowierzam kiedy oglądam fotografie (a właśnie po ponad 2 miesiącach zabrałam się za ich uporządkowanie i wywołanie, co poskutkowało pięknymi nowymi obrazami na naszych ścianach).
 
Pojechaliśmy też w góry, co było naszym wspólnym planem już od dłuższego czasu. Oboje kochamy chodzenie po górach i smak grillowanego oscypka z żurawiną, więc kiedy już spakowaliśmy walizki do samochodu, zapakowaliśmy naszego Gustawa i ruszyliśmy w trasę na Karpacz – uśmiechy nie schodziły nam z twarzy. Ten urlop była nam potrzebny i mieliśmy niesamowitą frajdę!
 
Rok 2019 był dla nas cudowny! Dzięki niemu, patrzę w kolejny z ekscytacją! 
 
Postanowienia/cele? Tak, mam zaplanowane i już zacieram ręce do pracy nad nimi 🙂 
Myśl przewodnia? Nie oglądać się za siebie. Skupić się na tym co tu i teraz, by nie stracić żadnej chwili. Po prostu być.