Energetyczne muffinki, które zawsze wychodzą (i są „odchudzone”)!

Dobrze czasem zrobić coś dobrego dla siebie! Dlatego kiedy dziś rano naszła mnie ochota na coś słodkiego, zaczęłam szukać czegoś smacznego ale i zdrowego na różnych blogach kulinarnych i fit. Jako, że ostatnie miesiące to dla mnie czas odkryć takich pasji jak gotowanie/pieczenie i nieszczególnie przejmuję się nawet jak nie wyjdzie za dobrze – zakasałam rękawy i zabrałam się do pracy! 
 
Efekty możecie zobaczyć poniżej. Przygotowałam pyszniutkie i zdrowe fit muffinki. W smaku wyszły bardzo dobre, bo nie za słodkie, delikatne, mięciutkie i puszyste. Nie do wiary, że nie mają w składzie mąki (trochę się bałam, że przez to nie wyjdą). Przepis poniżej to efekt zmodyfikowanych i wymieszanych przepisów jakie znalazłam. 
 
Poza tym, jeszcze jedna niespodzianka 😉 W oparciu o „kalkulator kalorii” z tej strony: https://www.drlifestyle.pl/dietetyka/odchudzanie/jak-liczyc-kalorie/  podliczyłam, że robiąc 12 babeczek, każda z nich będzie miała około 130 kcal. Jest to oczywiście wartość orientacyjna.
 
P.s. Może to dobra alternatywa na Tłusty Czwartek? Zwłaszcza dla osób, które jak ja za pączkami nie przepadają 😉
 

Przepis na babeczki z pięciu składników! To takie proste.

Zatem do dzieła!
 
Składniki:
  • 2 dojrzałe banany
  • 1 jajo
  • 1 łyżka syropu z agawy
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 180 g masła migdałowego (ja kupiłam w Rossmannie słoiczek 180 g i cały zużyłam, możecie użyć też naturalnego masła orzechowego, wówczas użyjcie 1 szklanki masła)
  • opcjonalnie: niewielka ilość pokruszonej ciemnej czekolady dobrej jakości
Wszystkie składniki zmiksowałam w blenderze kielichowym na gładką masę (oprócz czekolady). Masę rozlałam do blaszki z formą na muffiny – u mnie 12 sztuk. Połowę z nich posypałam czekoladą, połowę zostawiłam „bez niczego”. 
 
Piekarnik rozgrzałam do 200 stopni i włożyłam blaszkę z babeczkami. Piekłam około 15 minut (sprawdzałam w trakcie wykałaczką czy muffiny w środku są już upieczone). Po wyłączeniu piekarnika trzymałam blachę w środku jeszcze około 5 minut.
 
Po ostygnięciu wystarczy wyjąć babeczki z formy i można jeść!
 
Myślę, że takie babeczki ze względu na niską kaloryczność ale także dobry skład mogą być świetną przekąską do pracy czy szkoły. Poza tym łatwo je spakować i zabrać ze sobą. 
 
Dla mnie to naprawdę odkrycie i już wiem, że ten przepis zagości na stałe w naszej kuchni!

Moje potrzeby – jak nauczyć się je komunikować i dlaczego to ma znaczenie.

Kiedy niemowlę czegoś chce, coś je boli, coś odczuwa i chce Ci to przekazać – płacze. Gdy zaspokoisz jego potrzebę, zwrócisz na nie uwagę momentalnie przestaje. Tak niemowlę komunikuje swoje potrzeby. Niestety wielu z nas mimo upływu lat wciąż pozostaje na tym samym poziomie komunikacji. Nie nazywamy potrzeb, nie mówimy o nich – wyrzucamy z siebie bełkot zamiast rozmawiać. 
 
Czasem wydaje mi się, że problem naszej komunikacji leży głębiej. Żeby wyrazić potrzebę, najpierw trzeba ją rozpoznać i nazwać. Wiedzieć, że nie każda z nich będzie tak szlachetna jak chęć niesienia pomocy, ale żadna z nich nie jest czymś złym. Jeżeli wśród Twoich potrzeb rozpoznajesz chęć prestiżu, potrzeby seksualne, pragnienie przebywania i rozmowy z osobami prezentującymi określony styl życia, który Tobie odpowiada, potrzebę bycia w czymś profesjonalistą czy potrzebę odnalezienia swojej pasji lub jakiekolwiek inne – nazwij je. Nie bój się do nich przed sobą przyznać. Kiedy to zrobisz, jesteś o krok dalej w skutecznej komunikacji. 
 
Po Ci ona? Jest potrzebna w Twoim związku czy relacjach z bliskimi. Nie możesz oczekiwać, że druga osoba będzie Twoje potrzeby wspierała czy też je zaspokoi jeżeli tego nie zakomunikujesz. Koniec kropka. Ludzie nie są od domyślania się.
 
Jeden ze znajomych psychologów przytoczył przykład małżeństwa na terapii podczas której Żona zarzuciła Mężowi, że on nie rozumie i nie zaspokaja jej potrzeb. Ona chciałaby aby on ją częściej przytulał, pytał jak jej minął dzień albo czasem przygotował kolację gdy ona po powrocie z pracy pada ze zmęczenia na twarz. Na to zaskoczony Mąż odparł – „…ale Ty NIGDY mi o tym nie powiedziałaś”.
 
 

Wspaniałomyślność jest cudownym darem, ale nie możemy jej od kogoś oczekiwać.

Nie możemy zakładać, że ktoś się domyśli. Czy TY ZAWSZE się domyślasz?
Na wiele problemów w związkach czy w relacjach z drugim człowiekiem na każdej niemal płaszczyźnie, szczera i spokojna rozmowa wolna od oceniania jest prawdziwym i najlepszym remedium. Dlaczego więc tak niewielu z niego korzysta? 
 
No właśnie. Rozmowa i komunikowanie. Kiedy już nazwiesz potrzeby, czas na wypowiedzenie ich na głos. Mówienie o potrzebach to też coś nad czym praca często trwa długo. To też proces w którym obie strony chcą brać udział i są świadome. 
Czasem mam okazję obserwować, jak wiele jest związków w których jeden z partnerów jest otwarty i chce, a druga strona nie jest gotowa na taką otwartość. My na przestrzeni lat wszyscy bardzo się zmieniamy. Tym bardziej ulegają zmianie nasze potrzeby, pragnienia i marzenia. Bycie na bieżąco z potrzebami drugiej połowy jest bardzo ważne w kontekście budowania relacji. 
Dlatego nawet jeżeli otwartość jest Twoją trudnością ale Twój związek i jego dobro jest priorytetem, warto nad sobą pracować. Bardzo wierzę w to, że się da.
 
Tak samo jest w relacjach innych niż te intymne, związkowe. W rodzinie, z przyjaciółmi czy też w środowisku pracy – tak naprawdę zasady są bardzo zbliżone. Tu także właściwa komunikacja potrafi zdziałać cuda.
Powtarzając więc utarty ale prawdziwy slogan – warto rozmawiać 😉

O odwadze życia według własnych reguł.

Jadąc rano na zakupy przez szybę samochodu zobaczyłam biegającego młodego chłopaka na porannym joggingu. Poza tym, że podziwiam osoby które niezależnie od warunków pogodowych i pory roku wstają rano by biegać (z własnej nieprzymuszonej woli), uderzyło mnie jeszcze jedno. Przebiegając obok przydrożnego krzyża, chłopak się przeżegnał. Niby nic. Zwykły gest (dla osoby wierzącej), niezauważalny szczegół dla ateisty. Mi ten człowiek zaimponował odwagą. Nie dlatego, że wykonał religijny gest ale dlatego że zrobił to co w danej chwili uważał za dobre, nie zważając na to czy ktoś go za to oceni czy nie.
 
Jeszcze bardziej jednak dotknęło mnie to, że zdałam sobie sprawę iż dziś być sobą i żyć w zgodzie ze swoimi poglądami – dla większości ludzi – to kwestia być lub nie być odważnym. Świat akceptuje to co w danym czasie jest modne, co się sprzedaje, co robi większość i w co wierzy większość. Pochwala się życie skrajnie skupione na materializmie, związki „na chwilę” lub przelotne znajomości, pracę 24/7 w pogoni za wielką karierą i jeszcze większymi pieniędzmi przypłacaną często zdrowiem fizycznym i psychicznym lub utratą relacji z drugim człowiekiem.
Otoczenie akceptuje Cię jeżeli jesteś taki sam jak milion innych egzemplarzy dookoła, stygmatyzuje Cię gdy robisz coś inaczej, po swojemu.  
Wiesz, tu nie chodzi o narzucanie czegoś swojego innym ale o życie tak jak pragniesz i potrzebujesz. 
 
 

 

Do tej odwagi życia według własnych reguł, do dobrego życia chyba trzeba dojrzeć. Nie mówię o dojrzewaniu w kontekście wieku. Wiek niewiele ma tu do rzeczy. Tu chodzi o dojrzałość emocjonalną, życiową, Twoją wewnętrzną. I chyba do każdego ta dojrzałość przychodzi w innym czasie. Zapewne są i takie przypadki, gdy ona nie pojawi się nigdy, bo jej trzeba zwyczajnie chcieć. 
 
Ja uczę się pogłębiania dojrzałości wybierając dobre życie, rezygnując z tego co mi szkodzi na rzecz tego co ma na mnie dobry wpływ. Aby móc sobie na to pozwolić, najpierw musiałam poznać bliżej siebie. Tak często mało o sobie wiemy. Kim jesteśmy? Jakie role w życiu podejmujemy? Co jest dla nas dobre? Czy umiemy stawiać granice i reagować odpowiednio gdy ktoś je przekracza? Jakie są nasze związki? Kiedy poznałam odpowiedzi na te pytania o wiele prościej było mi ustalić co i jak praktykować by moje życie było lepsze, co dla mnie oznacza również bardziej świadome. 
 
 
Dążenie do dobrego życia nie zawsze jest łatwe, proste i przyjemne. To co nam służy nie zawsze przychodzi z dziecinną łatwością. Opowiem Ci prosty przykład z mojego życia, który właściwie rozgrywa się teraz w ostatnich tygodniach. Postanowiłam zmienić nieco swoją rutynę i wstawać codziennie (w weekendy także) o 5.30 rano. Docelowo chcę dojść do momentu wstawania o 4.30 ale, że nie od razu Rzym zbudowano to i ja dam sobie trochę czasu na łagodniejszą zmianę. 
 
Wiele słyszałam o tym jak dobrze jest zacząć dzień wcześniej. Po pierwsze Twój dzień jest dłuższy bo zyskujesz kilka dodatkowych godzin. Po drugie, mówi się że między 4.00, a 7.00 rano jest Twój najproduktywniejszy i najlepszy czas. Po trzecie jest to okazja by zacząć dzień na spokojnie od np. praktyki jogi, wypicia w ciszy przy wschodzie słońca kawy kiedy świat jeszcze śpi – generalnie możesz mieć czas tylko dla siebie na swoje ranne rytuały. 
 
 

 

Zachęcona tymi benefitami, powiedziałam „Zgoda! Od jutra ja też spróbuję”. Na początek wyzwanie ustaliłam sobie na 1 tydzień. Potem przedłużyłam je o kolejny i tak mam nadzieję całkowicie się przestawić. Czy jest łatwo? Ani trochę! Mam kryzysy i dni, kiedy wyłączam budzik i 10 minut zwlekam się z łóżka. Są takie dni, kiedy stosuję metodę szokową i gdy tylko zadzwoni budzik otwieram oczy i idę do łazienki przemyć twarz zimną wodą. Są też takie, gdy wstaje mi się świetnie mimo iż za oknem jest totalnie ciemno, pada deszcz i zimowy zegar sennym głosem wzywa mnie jeszcze do ciepłego łóżeczka. 
 
Wiem, że to co wygodne nie zawsze jest dla mnie lepsze. Dlatego trwam w swoim postanowieniu i wiesz, z każdym dniem czuję się lepiej. Perspektywa dłuższego dnia i jogi na dzień dobry jest wspaniała i daje mi mnóstwo motywacji. Wiem też z doświadczenia osób które od lat w takim rytmie żyją że kiedy już przestawisz swój organizm – nigdy więcej nie wrócisz do spania do 7.00, 8.00 czy 10.00. To co ja zauważyłam u siebie, to także fakt że gdy robię coś takiego dla siebie i po swojemu zyskuję odwagę, bo robię coś inaczej nić większość. Stawiam swoje dobro ponad oczekiwaniami współczesności. 
 
Żyję po swojemu. Polecam, warto <3

O praktyce wdzięczności jako drodze do szczęścia. Dlaczego tak ją sobie cenię.

 

Oprah Winfrey powiedziała kiedyś – „Bądź wdzięczny za to co masz, a będziesz miał tego więcej. Jeżeli koncentrujesz się na tym czego nie masz, nigdy nie będziesz mieć wystarczająco dużo”. Ostatnio dużo słuchałam i czytałam o tym, jak kluczowe w drodze do szczęścia jest praktykowanie wdzięczności. Kupuję to. Logicznie myśląc, prościej jest odnaleźć szczęście skupiając na tym co mamy niż uganiać się za niedoścignionym i frustrować faktem, że nie mamy wszystkiego. Nikt nie ma wszystkiego. 
 
Wdzięczność po prostu działa. Oczywiście na szczęście w życiu składa się wiele czynników. Według Sonji Lubomirsky składowe szczęścia rozkładają się tak, że 50% to czynnik biologiczny czyli to co mamy „zapisane”. I tutaj fakt, jest to dużo więc możesz pomyśleć: „Skoro tyle zależy od czynników biologicznych, to co ja mogę?”. Otóż możesz bardzo dużo, bo choć okoliczności życia czyli nasze środowisko, majątek, materialne czynniki – zajmują 10% (oczywiście są to wartości uproszczone, poglądowe), to aż 40% to nasza własna aktywność. Aż 40% zależy tylko i wyłącznie od nas, od naszej pracy nad szczęściem. To już brzmi lepiej, prawda? Być może stąd też powiedzenie, że pieniądze szczęścia nie dają. Wielu ludzi potwierdziło, że choć mieli w życiu można powiedzieć wszystko: karierę zawodową, majątek, możliwość podróżowania w najdalsze zakątki świata – to nie czuli się szczęśliwi. Mieli wszystko, a jednocześnie nie mieli nic. 
 
To relacje w naszym życiu są naprawdę istotne, to nasza postawa się liczy i to co zrobimy, co będziemy w sobie pielęgnować ma znaczenie. Możesz oczywiście wierzyć mi lub nie, to Twoja decyzja. Ja jednak chcę dzisiaj powiedzieć o tym, że możesz naprawdę dużo. 
 
 

 

Skupiam się tu na zagadnieniu wdzięczności, bo dziś jest mi ono szczególnie bliskie. Postanowiłam praktykować wdzięczność, zainspirowana ludźmi których to odmieniło. Co więcej, zauważyłam że gdzieś podświadomie wdzięczność była w moich myślach zawsze. Czułam ją w prostych sytuacja jak choćby na spacerze, kiedy słońce świeciło mi prosto na twarz a ja miałam całe popołudnie aby się tym cieszyć. Czuję za każdym razem gdy spotka mnie coś dobrego, gdy ktoś okaże mi miłość, przyjaźń czy po prostu wysłucha kiedy potrzebuję mówić. 
 
Co daje więc świadoma praktyka? Na pewno to, że potrafię być wdzięczna za coraz „mniejsze” szczęścia i bardziej zwyczajne sytuacje. Poza tym, potrafię już łapać się na tym, by w momencie prozaicznych sytuacji które średnio lubię jak np. ulewa kiedy ja przemierzam ulice w baletkach czy szpilkach – nie denerwować się, nie przeklinać tego deszczu w myślach i nie nakręcać się negatywnie ale przekierować myśli w stronę wdzięczności – bo dawno nie padało, bo w domu mam suszarkę, bo samochód stoi za rogiem, a nie 5 km dalej. Przykład może przerysowany ale chodzi o mechanizm działania mojej głowy i kontroli nad tym co chcę przyjmować, a czego nie. 
 
Wdzięczność uczy mnie także tego, jak ważna dla siebie jestem. I to jest dobre. Nie stawiam się na samym końcu jak zwykłam to robić kiedyś. W tym wszystkim jednak w dalszym ciągu widzę potrzeby innych. Prawda jest jednak taka, że jeżeli nie zadbam o swoje zasoby, nie obdaruję innych. Najpierw muszę „mieć z czego dawać”, nie da się inaczej. 
 
 
Jest jeszcze jeden ważny powód dla którego wdzięczność jest tak świetną praktyką. Otóż wdzięczność daje radość. Czystą radość z codziennego dnia. Pisząc ten tekst siedzę w kuchni. Przez balkonowe okno wdzierają się promienie słońca, którego brakowało przez kilka ostatnich dni. Mam kubek ciepłej kawy i jest wczesny poranek, świat dopiero się budzi. Czuję nieziemską radość, a powiedziałbyś – nic szczególnego 😉 
 
 
„Every day may not be good, but there’s something good in every day” 

Kto ustala priorytety?

Ostatnio (dzięki temu, że Netflix ma całą masę dobrych starych seriali jak np. „Kochane kłopoty”, które magluję od miesiąca) widzę wiele historii o silnych, niezależnych kobietach które wiedzą czego chcą i po to idą. Bez zastanawiania się nad tym jak to wpłynie na ich otoczenie ale z całkowitym poczuciem, że dla samych siebie to one się tu liczą i to ich szczęście jest najważniejsze. I choć wszelkie podręczniki i poradniki psychologiczne mówią o tym, że to jest dobre, że liczysz się dla siebie TY i to TY decydujesz jaki styl życia przyjmiesz za swój własny – czy to założenie rodziny czy to pogoń za sukcesem w karierze – to powinno być przede wszystkim w zgodzie z Tobą samą, to ja nie tak od razu to przyjęłam. Już Ci tłumaczę kontekst. 

Moment buntu w mojej głowie wystąpił gdy bohaterka serialu będąca w wieloletnim związku, dobrym związku na koniec zamiast pielęgnować to co ma mówi, że na takie życie jeszcze ma czas, że jeszcze tyle dobrego i nowego ją czeka, że postanawia wyjechać i spełniać się zawodowo. Zostawia więc ukochanego, zostawia możliwości jakie miała w „dawnym” życiu, pakuje walizki i wyjeżdża.
I ja wtedy myślę – co z tą kobietą jest źle? W pierwszym momencie w głowie pojawiło mi się jedno (niestety oceniające) zdanie: „No głupia! Przecież była szczęśliwa, układało jej się i nagle rezygnuje nie tyle z dotychczasowej pracy czy szkoły ale rezygnuje z kogoś kto ją kocha, z kim wiele lat budowała związek”. 
Zaskoczyła mnie własna reakcja i zaczęłam się zastanawiać. I nagle mnie oświeciło.
 
 
Jej zachowanie było dla mnie bardzo niekomfortowe w odczuciu, bo stawiała najwyżej inne wartości niż ja. To co dla mnie ma najwyższy priorytet dla niej piastowało zaszczytne drugie lub kolejne miejsce. Kochała ale to kariera zawodowa i wielkomiejskie życie były ponad tym kochaniem. 
 
Widzisz, to takie wręcz dziwne że czasem nieświadomie dokonujemy gradacji czyichś wartości. Czasem mały buntownik obudzi się w nas tylko dlatego, że czyjś świat jest ułożony z innych klocków i w innych kolorach. Jak dobrze jednak być w swoich butach! Żyć swoim życiem!
 
Cieszę się, że zwróciłam na to uwagę bo to pokazuje mi jak wiele pracy mam jeszcze nad sobą, choć na to że będę ideałem dawno przestałam liczyć 😉  
 
Życie może mieć najróżniejsze odsłony. Każdy/każda z nas dysponuje ogromną siłą budowania swojego świata wedle swoich wartości. Zgodnie ze swoimi pragnieniami i priorytetami. 
 
Dokonujemy wyborów trochę z pragnień, ale też trochę z tego co nam życie przyniosło i w jakiej sytuacji nas postawiło. Bo przecież nie zawsze jest tak, że przyjmujemy tylko te role życiowe których dla siebie chcemy. Czasem wypadek losowy, jakieś zdarzenie miłe lub mniej przyjemne albo po prostu fakt, że ktoś obok przestaje chcieć coś z nami tworzyć powoduje, że musimy postawić się w roli dla nas trudnej. Pytanie czy nadamy temu sens i jak to na nas wpłynie.
W życiu ustalamy co dla nas liczy się najbardziej. Kształtujemy na tej podstawie swój własny system. 
 
Myślę, że zwłaszcza dziś gdy ocena i tak czai się za każdym rogiem i z różnych źródeł, to ważne żebyśmy nie oceniały i my siebie samych ani siebie nawzajem. Wypracowanie w sobie wolności od oceniania innych nie tylko im ale i nam znacznie uprości życie. Przecież nie musimy wszyscy myśleć i postępować tak samo 😉
 
 

Tak dobrze i pięknie być sobą.

 

O akceptacji i „samomiłości” wiele już napisano, wiele porad udzielono ale wydaje mi się, że ten temat jest zawsze aktualny. W świecie w którym tak wiele jest oceniania, przypisywania ról, oczekiwania i wymagania by wszystko było więcej, szybciej i bardziej, trudno jest znaleźć prawdziwego siebie i tak po prostu bez żadnej oceny i etykietki pokochania. 
 
Czasem mam wrażenie, że ta praca nad pielęgnowaniem miłości do swojej osoby, nad akceptowaniem z niedoskonałościami nie tylko ciała ale i faktem, że nie we wszystkim możemy czy musimy być najlepsi, trwa niezmiennie całe życie. 
 

Mówi się, że aby ktoś mógł nas prawdziwie pokochać, najpierw sami musimy pokochać siebie.. Nie do końca mogę się z tym zgodzić, choć może w wielu przypadkach tak właśnie jest. W moim było tak, że najpierw miłość i akceptację otrzymałam od najbliższych, później sama nauczyłam się dostrzegać to, że jako człowiek, jako kobieta, partnerka i osoba w każdej innej życiowej roli jaką przychodzi mi przyjmować – jestem wyjątkowa. Niepowtarzalna. I Ty też jesteś, tylko musisz nauczyć się to dostrzegać. 

To poczucie akceptacji i „samomiłość” są cudownie wspierane przez uczenie się dystansu do siebie. Podam Ci przykład. Kucharka ze mnie raczej przeciętna. Owszem, są dania z których jestem dumna ilekroć je przygotowuję ale często zdarza mi się w kuchni próbować innowacji, które kończą się zamówieniem pizzy z dowozem pod drzwi. Nie zniechęca mnie to. Kiedyś jednak, każdą „porażkę” kulinarną, każdą zbyt ostrą/słoną/słodką/wysuszoną itp. potrawę przeżywałabym kolejne dwa dni, wyrzucając sobie, że jestem do niczego, że żadna ze mnie „Pani domu”, że jak tego nie zmienię, to mój przyszły mąż i dzieci będą miały ze mną kiepsko i będą jeść u znajomych lub wpadać do McDonald’s po drodze do domu. 
Dziś widzę to zupełnie inaczej. Dziś jak mi coś nie wyjdzie, to śmieję się w głos! Jak wyjdzie, to skaczę z radości i czuję dumę. 
 
P.s. Dziś na przykład robiłam zupę tajską, tylko że planowo miała być raczej łagodna niż bardzo ostra i makaronu powinna być taka ilość, żeby łyżka nie stawała w garnku…no cóż.. 😉
 

 

Spoglądając nieco wstecz, widzę jaką drogę już przebyłam i ile pracy nad sobą wykonałam. Pokochałam tę najprawdziwszą wersję siebie i wiecie co, to świetne uczucie! 
Lubię swój upór, lubię to że nie robię problemów tam gdzie ich nie ma, lubię swoje poczucie humoru i konsekwencję w działaniu, gdy zależy mi na osiągnięciu celu. Lubię to, że gubię się nawet na parkingu, że zależy mi na ludziach i tak bardzo boli mnie ich krzywda. I lubię siebie za miłość do ludzi i zwierząt, za to że nie jestem obojętna, za to że jestem rodzinna – rodzina jest dla mnie ogromną wartością, zawsze znajdę dla niej czas. 
 
Lubię siebie też swoją fizyczność. Lubię swoje nogi (choć od dziecka ich nie cierpiałam i były dla mnie największym kompleksem, prawie tak wielkim jak małe usta). Lubię swoją twarz, zwłaszcza uśmiechniętą. Lubię swoje cienkie i piórkowate włosy, dłonie i kobiecą sylwetkę. 
 
I wiesz co, pokochałam to wszystko i wiele więcej w sobie w momencie kiedy ujrzałam siebie oczami mojego partnera. Zobaczyłam coś, co dało mi impuls do przyjrzenia się sobie zupełnie szczerze i bez oceniania. Pomogły mi też sesje coachingowe, na których zobaczyłam i nazwałam swoje mocne strony i po prostu je przyjęłam. Pomogła mi praca z ludźmi, bo zobaczyłam jak różni jesteśmy jedni od drugich i jak wyjątkowi. 
 
 
Życzę Ci Kochana, abyś – jeżeli jeszcze tego nie zrobiłaś, odkryła to jak wyjątkową osobą jesteś i ile masz w sobie piękna.
 

Nie istnieje nic takiego jak stracone szanse.

 
Ten wpis zaczęłam przygotowywać już jakiś czas temu. Jednak dziś dopiero poczułam, że jestem gotowa by go dokończyć i opublikować. Dlaczego temat straconych szans był dla mnie trudny do skonfrontowania z samą sobą? Być może, choć wiedziałam że zdanie zawarte w tytule jest słuszne, pod skórą czułam że nie do końca jego słuszność stosuję w życiu? 
 
Już kilka razy „zaczynałam od nowa”. Czy to w kwestii szkół które wybierałam, znajomości jakie zawierałam czy choćby tak prozaicznych działań jak przejście na wegetarianizm lub nauka nowego języka. W życiu nie zawsze jest tak, że idzie jak z płatka. O ile w kwestii diety byłam w stanie przeboleć kolejną „porażkę” w postaci steka z frytkami zamiast falafela (po jakimś czasie dopiero dotarło do mnie, że nie muszę całkowicie rezygnować z mięsa, przynajmniej nie tak gwałtownie, mogę po prostu mięso znacznie ograniczyć bez katowania się za zjedzenie burgera), o tyle już w kwestiach o wyższej randze w moim systemie wartości i ważności jak relacje z ludźmi czy decyzje edukacyjno-zawodowe nie było tak łatwo. 
 

 

Czy istnieją stracone szanse? Dla mnie nie! Każda sytuacja, w której coś nie „nie wyszło”, coś się skończyło lub gdzieś powinęła mi się noga – ostatecznie otwierała zupełnie nowe drzwi za którymi czekało coś wspaniałego!
Przykłady? Gdyby nie decyzja, żeby przerwać po dwóch latach pierwsze studia na jakie poszłam – optykę okularową z optometrią (nie od razu czułam się z tą decyzją dobrze i komfortowo, bo była wbrew niemal wszystkim „dobrym radom” jakie słyszałam) – zapewne do dziś nie odkryłabym, że to praca z ludźmi daje mi największą satysfakcję, niekoniecznie robienie i dobieranie okularów. Pamiętam, że gdy postanowiłam zrobić ten krok kilka lat temu tylko P. wspierał tę decyzję i wierzył, że jest dobra bo ja tak czuję, bez oceniania i doradzania.
Gdyby nie kilka pogmatwanych relacji w moim życiu, które zakończyły się bolesnym fiaskiem – pewnie nie spotkałabym miłości swego życia, mojego P. 
Gdyby praca nie przeszkodziła nam niemal dwa lata temu w wyjeździe na wakacje, dziś nie byłoby z nami naszego adopciaka – Gustawa. To właśnie wtedy postanowiliśmy z P., że w sumie skoro zostajemy to może spełnimy nasze marzenie o małym czworonożnym przyjacielu, może damy mu dom. To była świetna decyzja, bo ten kundelek totalnie wypełnił nasz dom, nie wyobrażamy sobie dziś naszych czterech ścian bez niego. 
 
Znalazłabym jeszcze kilka takich sytuacji. Chodzi mi jednak o to, żebyś nie biczowała się za to że jakieś drzwi się zamknęły, że jakiś człowiek/ludzie zniknęli z Twojego życia. Tak się po prostu dzieje. Jeżeli żyjesz w zgodzie ze sobą, stawiasz granice – to zawsze znajdzie się ktoś komu to nie będzie pasowało i być może odejdzie. Na jego miejscu pojawi się ktoś inny, dla którego Twoja indywidualność będzie czymś normalnym, nie będzie chciał tego na siłę zmieniać. 
 
Ja dziś na takie sytuacje nie patrzę jak na „stracone szanse” ale po prostu zmiany, lekcje, nowe możliwości. Nie zawsze jest łatwo, lekko i przyjemnie – nie w tym przecież rzecz. Chodzi o to, by nadawać tym zdarzeniom sens i akceptować fakt, że występują. Tylko tyle i aż tyle 🙂
 
 

Po nitce do kłębka – czyli jak dbać o relację w związku.

 
Relacje w związku to z jednej strony temat rzeka, o którym tak wiele już powiedziano – z drugiej jednak patrząc na ilość rozstań/rozwodów w ostatnich latach to jednak chyba wciąż o relacjach niewiele wiemy. Czy można z drugą połową przeżyć całe życie i nie tracić ognia, który przez pierwszy okres jest tak silny? Czy można zbudować z partnerem relację trwałą, stabilną i taką, która przetrwa wszystkie kryzysowe etapy wspólnego pożycia?
 
Uważam, że można i warto jednak wymaga to woli i pracy obojga PARTNERÓW. Dlaczego podkreślam to słowo? Bo niestety nie zawsze na partnerstwie opierają się relacje miłosne, a to już pierwszy stopień do niepowodzenia. 
Temat relacji między kobietą, a mężczyzną zawsze mnie fascynował. Złożoność związków, trwałość i oczywiście jakość wspólnego życia. Dlatego postanowiłam przyjrzeć się temu bliżej wykorzystując nieco fakt, że uczestniczyłam ostatnio w ramach Psychologii Pozytywnej w warsztatach na temat takowych relacji właśnie. 
 
Podczas warsztatów jednym z ćwiczeń było podawanie – przy jednoczesnym rzucaniu sobie nawzajem w grupie piłki – filarów związku partnerskiego. Padały różne hasła, jednak te które pojawiały się najczęściej to wolność (w związku nie ma czegoś takiego jak „dokręcanie śruby”, bo nie żyjesz z robotem tylko z człowiekiem, którego albo akceptujesz i kochasz takiego jakim jest albo nie), miłość, seks, czułość, przyjaźń, partnerstwo i wzajemny szacunek, wspólne spędzanie czasu (we dwoje, bez dzieci/przyjaciół/rodziny). 
To wszystko jest bardzo ważne i pozwala na pielęgnowanie związku. 
 
 
Wiecie, że według badań Gottman’ów (pary terapeutów, którzy lata poświęcili na badania i doświadczenia, których wyniki mogą pomóc w pracy nad związkiem) partnerzy/małżonkowie powinni spędzać minimum 5 godzin tygodniowo na pielęgnowaniu swojej relacji? Te pięć godzin zawiera także ok. 2 godzin cotygodniowej randki, rozmowy rano przy kawie czy też wieczorem po kolacji. Gottman’owie, mówią też o tym jak bardzo istotne jest to aby być na bieżąco z tym co dzieje się w życiu naszej „lepszej połowy”, jakie są jej/jego pragnienia i marzenia ale też co spotkało go w ciągu dnia lub czeka na niego jutro w pracy. Okazywanie sobie wsparcia i dawanie poczucia „my kontra cały świat”, nieważne co by się nie działo pomaga drugiej osobie rozluźnić się i poczuć dobrze. A przecież nikt z nas nie chce aby jego najbliższa osoba czuła się spięta, niedowartościowana lub zaniepokojona. 
 
Po warsztatach coś co czułam najbardziej to ogromna wdzięczność za mojego partnera. Osobę świadomą tego, że związek wymaga pracy i zaangażowania i chętną by taką dobrą relację ze mną tworzyć. Kogoś dla kogo jestem ważna. Życzę każdemu by trafił w życiu na taką osobę, dla której będzie najważniejszy. Przy której będzie prawdziwie sobą, bez masek, powinności. 
 

 

Doskonale wiem, że nie zawsze w relacjach tak jest. Co można zrobić, by sobie pomóc? 
 
  • Porozmawiać przy kawie rano – znaleźć czas by z początkiem dnia zainteresować się tym co czeka naszą drugą połowę w pracy. Jakie wyzwania, jakie obawy czy też jakie przyjemne doświadczenia.
  • Umówić się na cotygodniową randkę. To może wydawać się niełatwe ale jeżeli zaczniemy od jednej randki w miesiącu, to już brzmi lepiej, prawda? Może jest coś co lubicie robić razem? Może po prostu otwórzcie butelkę wina i włącznie film, który oboje Was zainteresuje?
  • Dawać sobie znać, że o sobie pamiętamy. Jak miło jest dostać w ciągu dnia wiadomość, choćby krótkie „kocham Cię”, „dziękuję, że jesteś”, „myślę o Tobie”. Dobrze jest czuć, że dla kogoś jesteśmy najważniejsi.
 
To tylko trzy drobne wskazówki. Choć domyślam się, że znajdą się tacy, dla których będą wydawały się bardzo trudne do zrealizowania, bo są dzieci i wiele obowiązków, inny tryb pracy itp. Tutaj podpowiedź jest jedna. Jeżeli Twój związek jest dla Ciebie priorytetem, znajdziesz chęci i czas. To decyzja, którą trzeba podjąć. Pytanie, czy Twoja relacja z mężem/żoną/partnerem/partnerką jest wystarczająco ważna? 
 
Warto pracować nad związkiem. Warto żyć ze sobą, a nie obok siebie. Z jakiegoś powodu podjęliście kiedyś decyzję by być razem, może czas by sobie o tym przypomnieć? 
Warto dbać o uczucie, bo czym byłoby życie bez miłości..
 

Cud-miód burgery po mojemu i początek kulinarnej przygody.

Burgery, moja skryta kulinarna miłość od zawsze. To właśnie ogromna ochota na ich zjedzenie natchnęła mnie do napisania tego postu 😉
 
Jako, że w kuchni jeszcze do niedawna czułam się jak na księżycu – średnio pewnie i średnio mi się po tym obszarze udawało poruszać – to zazwyczaj na prostych daniach się kończyło. 
Jakiś czas temu odkryłam, że gotowanie sprawia mi niesamowitą frajdę! A im bardziej skomplikowany przepis, im więcej rzeczy mogę wykonać home-made tym zabawa ciekawsza i bardziej angażująca. Pomyślałam też, że nie muszę być ekspertem kulinarnym, by o gotowaniu pisać. Stąd pomysł na nową zakładkę Jedzenie i na to by pod nią zamieszczać od czasu do czasu wpisy bardzo kulinarne i bardzo po mojemu. Te udane i te, które okazały się klapą.
 
Znajdziecie też trochę zdjęć, bo sama wiem że uwielbiam  kiedy w przepisach i wpisach na temat jedzenia są zdjęcia. Bez nich, to nie to samo. Zdjęcia umilają czytanie i pobudzają wyobraźnię, a dla takich wielbicieli jedzenia jak ja, są też świetnym pobudzaczem apetytu.
 
 
No i tak się jakoś ta moja historia z gotowaniem i eksperymentowaniem w kuchni zaczęła ku uciesze mojego P. Oczywiście nie zawsze wychodzi tak perfekcyjnie jakbym chciała ale doszłam do wniosku, że i tu jak wszędzie indziej potrzebna jest praktyka i próbowanie. 
 
Dziś na przykład spędziłam w kuchni pół dnia, bo wspomniane wyżej cudowne burgery postanowiłam przyrządzić ze „swoich produktów”. 
 
Najpierw upiekłam bułeczki z przepisu @kwestiasmaku – wyszły cudowne! Podpieczone na złoty kolor, posypane chrupiącym sezamem i mięciutkie w środku. Jak wspaniale, że wyszło ich aż dziesięć, bo to oznacza, że mogę je jeść nie tylko do burgerów na obiad ale i jako kanapkę na kolację!
 
 
Oddzielnie zrobiłam domowy sos BBQ, na bazie sosu Worcestershire, czerwonego wytrawnego wina i sosu sojowego, pokroiłam warzywa i przygotowałam plasterki sera. 
Dodatkowo w czerwonym winie, cukrze trzcinowym i odrobinie ostu przyrządziłam czerwoną cebulkę.
 
Dla P. zrobiłam kotlety wołowe, takie tradycyjne burgerowe, dla siebie kotlet z ciecierzycy. Właściwie masa na niego była przygotowana jak na falafel i podpieczona w piekarniku (z pozostałej masy przy okazji zrobiłam mini falafele, które uwielbiam podawać z sosem ziołowym i surowymi warzywami). 
 
Teraz mogę z nieskrywaną przyjemnością zjeść burgera! Kolejne kulinarne podboje niebawem 😉
 
Buziaki! <3
 

Prawdziwych przyjaciół poznajemy w bogactwie (nie w biedzie).

Znasz to stare, (nie)prawdziwe przysłowie? Słyszę je od dziecka i z każdym kolejnym rokiem, coraz bardziej się z nim nie zgadzam. Dlaczego? Dlatego, że zauważam, że ludziom o wiele łatwiej jest współczuć, łączyć się w bólu i poklepać po plecach gdy jest nam smutno, a trudniej pogratulować (szczerze) i cieszyć się gdy osiągamy sukces, spotyka nas coś dobrego.

Mam koleżankę, nazwijmy ją Ania. Ania jest świetną babką, która prowadzi swoją firmę, wychowuje samotnie dziecko. Ania jest towarzyska, uśmiechnięta i otacza ją grono przyjaciół, zawsze chętnych na butelkę wina i dobre jedzonko kiedy dzieci już są ułożone do spania i wszystkie trudy dnia codziennego są już za nimi.
Pewnego dnia, Ania poznaje Krzysia. Krzyś staje się dużą częścią jej życia. Razem tworzą rodzinę i siłą rzeczy czasu na wino z koleżankami robi się mniej, na rzecz wina z ukochanym. Normalne. Na ten temat nie będę dyskutować, bo uważam, że to naturalne że kiedy jesteśmy w związku, zależy nam na budowaniu relacji i spędzaniu czasu z partnerem. Dołóżmy do tego pracę i wychowanie dziecka i czasu na przyjaciółki, mimo najszczerszych chęci jest po prostu mniej. Nie oznacza to, że Ania pochłonięta „nowym” życiem odstawiła wszystkich na bok, nie znaczy to też że w jakikolwiek sposób zaniedbała  przyjaciółki. Tak dla jasności. 
 
 
Problem był jednak w tym, że odkąd Ani zaczęło się układać w życiu uczuciowym, które kulało u przyjaciółek, te zamiast jej kibicować i cieszyć się jej szczęściem – na tym de facto chyba polega przyjaźń – odwróciły się od niej, twierdząc że się zmieniła, że już do nich nie pasuje i odstawiła je „dla faceta”.
 
Ania nie jest jedynym przypadkiem jaki znam, w którym to pseudo przyjaciele byli obecni w biedzie, a gdy tylko w jakimkolwiek obszarze wybiła się ponad nich, przestali być przyjaciółmi. Takich sytuacji znam wiele, czy to z obszaru związku, pieniędzy czy innych sukcesów. 
 
Swoją drogą, zrobienie czegoś odmiennie niż wszyscy i osiągnięcie sukcesu to świetny sposób na tak zwaną eliminację. Zostaną tylko Ci, którzy szczerze są Twoimi przyjaciółmi, którzy dobrze Ci życzą i trzymają za Ciebie kciuki. 
 
Przyjaciel, to prawdziwy skarb. Czy masz go w swoim partnerze, osobie z dzieciństwa czy też w mamie, siostrze czy bracie – pielęgnuj prawdziwą przyjaźń. 
 
Życzę Ci jej z całego serca!