Po nitce do kłębka – czyli jak dbać o relację w związku.

 
Relacje w związku to z jednej strony temat rzeka, o którym tak wiele już powiedziano – z drugiej jednak patrząc na ilość rozstań/rozwodów w ostatnich latach to jednak chyba wciąż o relacjach niewiele wiemy. Czy można z drugą połową przeżyć całe życie i nie tracić ognia, który przez pierwszy okres jest tak silny? Czy można zbudować z partnerem relację trwałą, stabilną i taką, która przetrwa wszystkie kryzysowe etapy wspólnego pożycia?
 
Uważam, że można i warto jednak wymaga to woli i pracy obojga PARTNERÓW. Dlaczego podkreślam to słowo? Bo niestety nie zawsze na partnerstwie opierają się relacje miłosne, a to już pierwszy stopień do niepowodzenia. 
Temat relacji między kobietą, a mężczyzną zawsze mnie fascynował. Złożoność związków, trwałość i oczywiście jakość wspólnego życia. Dlatego postanowiłam przyjrzeć się temu bliżej wykorzystując nieco fakt, że uczestniczyłam ostatnio w ramach Psychologii Pozytywnej w warsztatach na temat takowych relacji właśnie. 
 
Podczas warsztatów jednym z ćwiczeń było podawanie – przy jednoczesnym rzucaniu sobie nawzajem w grupie piłki – filarów związku partnerskiego. Padały różne hasła, jednak te które pojawiały się najczęściej to wolność (w związku nie ma czegoś takiego jak „dokręcanie śruby”, bo nie żyjesz z robotem tylko z człowiekiem, którego albo akceptujesz i kochasz takiego jakim jest albo nie), miłość, seks, czułość, przyjaźń, partnerstwo i wzajemny szacunek, wspólne spędzanie czasu (we dwoje, bez dzieci/przyjaciół/rodziny). 
To wszystko jest bardzo ważne i pozwala na pielęgnowanie związku. 
 
 
Wiecie, że według badań Gottman’ów (pary terapeutów, którzy lata poświęcili na badania i doświadczenia, których wyniki mogą pomóc w pracy nad związkiem) partnerzy/małżonkowie powinni spędzać minimum 5 godzin tygodniowo na pielęgnowaniu swojej relacji? Te pięć godzin zawiera także ok. 2 godzin cotygodniowej randki, rozmowy rano przy kawie czy też wieczorem po kolacji. Gottman’owie, mówią też o tym jak bardzo istotne jest to aby być na bieżąco z tym co dzieje się w życiu naszej „lepszej połowy”, jakie są jej/jego pragnienia i marzenia ale też co spotkało go w ciągu dnia lub czeka na niego jutro w pracy. Okazywanie sobie wsparcia i dawanie poczucia „my kontra cały świat”, nieważne co by się nie działo pomaga drugiej osobie rozluźnić się i poczuć dobrze. A przecież nikt z nas nie chce aby jego najbliższa osoba czuła się spięta, niedowartościowana lub zaniepokojona. 
 
Po warsztatach coś co czułam najbardziej to ogromna wdzięczność za mojego partnera. Osobę świadomą tego, że związek wymaga pracy i zaangażowania i chętną by taką dobrą relację ze mną tworzyć. Kogoś dla kogo jestem ważna. Życzę każdemu by trafił w życiu na taką osobę, dla której będzie najważniejszy. Przy której będzie prawdziwie sobą, bez masek, powinności. 
 

 

Doskonale wiem, że nie zawsze w relacjach tak jest. Co można zrobić, by sobie pomóc? 
 
  • Porozmawiać przy kawie rano – znaleźć czas by z początkiem dnia zainteresować się tym co czeka naszą drugą połowę w pracy. Jakie wyzwania, jakie obawy czy też jakie przyjemne doświadczenia.
  • Umówić się na cotygodniową randkę. To może wydawać się niełatwe ale jeżeli zaczniemy od jednej randki w miesiącu, to już brzmi lepiej, prawda? Może jest coś co lubicie robić razem? Może po prostu otwórzcie butelkę wina i włącznie film, który oboje Was zainteresuje?
  • Dawać sobie znać, że o sobie pamiętamy. Jak miło jest dostać w ciągu dnia wiadomość, choćby krótkie „kocham Cię”, „dziękuję, że jesteś”, „myślę o Tobie”. Dobrze jest czuć, że dla kogoś jesteśmy najważniejsi.
 
To tylko trzy drobne wskazówki. Choć domyślam się, że znajdą się tacy, dla których będą wydawały się bardzo trudne do zrealizowania, bo są dzieci i wiele obowiązków, inny tryb pracy itp. Tutaj podpowiedź jest jedna. Jeżeli Twój związek jest dla Ciebie priorytetem, znajdziesz chęci i czas. To decyzja, którą trzeba podjąć. Pytanie, czy Twoja relacja z mężem/żoną/partnerem/partnerką jest wystarczająco ważna? 
 
Warto pracować nad związkiem. Warto żyć ze sobą, a nie obok siebie. Z jakiegoś powodu podjęliście kiedyś decyzję by być razem, może czas by sobie o tym przypomnieć? 
Warto dbać o uczucie, bo czym byłoby życie bez miłości..
 

Cud-miód burgery po mojemu i początek kulinarnej przygody.

Burgery, moja skryta kulinarna miłość od zawsze. To właśnie ogromna ochota na ich zjedzenie natchnęła mnie do napisania tego postu 😉
 
Jako, że w kuchni jeszcze do niedawna czułam się jak na księżycu – średnio pewnie i średnio mi się po tym obszarze udawało poruszać – to zazwyczaj na prostych daniach się kończyło. 
Jakiś czas temu odkryłam, że gotowanie sprawia mi niesamowitą frajdę! A im bardziej skomplikowany przepis, im więcej rzeczy mogę wykonać home-made tym zabawa ciekawsza i bardziej angażująca. Pomyślałam też, że nie muszę być ekspertem kulinarnym, by o gotowaniu pisać. Stąd pomysł na nową zakładkę Jedzenie i na to by pod nią zamieszczać od czasu do czasu wpisy bardzo kulinarne i bardzo po mojemu. Te udane i te, które okazały się klapą.
 
Znajdziecie też trochę zdjęć, bo sama wiem że uwielbiam  kiedy w przepisach i wpisach na temat jedzenia są zdjęcia. Bez nich, to nie to samo. Zdjęcia umilają czytanie i pobudzają wyobraźnię, a dla takich wielbicieli jedzenia jak ja, są też świetnym pobudzaczem apetytu.
 
 
No i tak się jakoś ta moja historia z gotowaniem i eksperymentowaniem w kuchni zaczęła ku uciesze mojego P. Oczywiście nie zawsze wychodzi tak perfekcyjnie jakbym chciała ale doszłam do wniosku, że i tu jak wszędzie indziej potrzebna jest praktyka i próbowanie. 
 
Dziś na przykład spędziłam w kuchni pół dnia, bo wspomniane wyżej cudowne burgery postanowiłam przyrządzić ze „swoich produktów”. 
 
Najpierw upiekłam bułeczki z przepisu @kwestiasmaku – wyszły cudowne! Podpieczone na złoty kolor, posypane chrupiącym sezamem i mięciutkie w środku. Jak wspaniale, że wyszło ich aż dziesięć, bo to oznacza, że mogę je jeść nie tylko do burgerów na obiad ale i jako kanapkę na kolację!
 
 
Oddzielnie zrobiłam domowy sos BBQ, na bazie sosu Worcestershire, czerwonego wytrawnego wina i sosu sojowego, pokroiłam warzywa i przygotowałam plasterki sera. 
Dodatkowo w czerwonym winie, cukrze trzcinowym i odrobinie ostu przyrządziłam czerwoną cebulkę.
 
Dla P. zrobiłam kotlety wołowe, takie tradycyjne burgerowe, dla siebie kotlet z ciecierzycy. Właściwie masa na niego była przygotowana jak na falafel i podpieczona w piekarniku (z pozostałej masy przy okazji zrobiłam mini falafele, które uwielbiam podawać z sosem ziołowym i surowymi warzywami). 
 
Teraz mogę z nieskrywaną przyjemnością zjeść burgera! Kolejne kulinarne podboje niebawem 😉
 
Buziaki! <3
 

Prawdziwych przyjaciół poznajemy w bogactwie (nie w biedzie).

Znasz to stare, (nie)prawdziwe przysłowie? Słyszę je od dziecka i z każdym kolejnym rokiem, coraz bardziej się z nim nie zgadzam. Dlaczego? Dlatego, że zauważam, że ludziom o wiele łatwiej jest współczuć, łączyć się w bólu i poklepać po plecach gdy jest nam smutno, a trudniej pogratulować (szczerze) i cieszyć się gdy osiągamy sukces, spotyka nas coś dobrego.

Mam koleżankę, nazwijmy ją Ania. Ania jest świetną babką, która prowadzi swoją firmę, wychowuje samotnie dziecko. Ania jest towarzyska, uśmiechnięta i otacza ją grono przyjaciół, zawsze chętnych na butelkę wina i dobre jedzonko kiedy dzieci już są ułożone do spania i wszystkie trudy dnia codziennego są już za nimi.
Pewnego dnia, Ania poznaje Krzysia. Krzyś staje się dużą częścią jej życia. Razem tworzą rodzinę i siłą rzeczy czasu na wino z koleżankami robi się mniej, na rzecz wina z ukochanym. Normalne. Na ten temat nie będę dyskutować, bo uważam, że to naturalne że kiedy jesteśmy w związku, zależy nam na budowaniu relacji i spędzaniu czasu z partnerem. Dołóżmy do tego pracę i wychowanie dziecka i czasu na przyjaciółki, mimo najszczerszych chęci jest po prostu mniej. Nie oznacza to, że Ania pochłonięta „nowym” życiem odstawiła wszystkich na bok, nie znaczy to też że w jakikolwiek sposób zaniedbała  przyjaciółki. Tak dla jasności. 
 
 
Problem był jednak w tym, że odkąd Ani zaczęło się układać w życiu uczuciowym, które kulało u przyjaciółek, te zamiast jej kibicować i cieszyć się jej szczęściem – na tym de facto chyba polega przyjaźń – odwróciły się od niej, twierdząc że się zmieniła, że już do nich nie pasuje i odstawiła je „dla faceta”.
 
Ania nie jest jedynym przypadkiem jaki znam, w którym to pseudo przyjaciele byli obecni w biedzie, a gdy tylko w jakimkolwiek obszarze wybiła się ponad nich, przestali być przyjaciółmi. Takich sytuacji znam wiele, czy to z obszaru związku, pieniędzy czy innych sukcesów. 
 
Swoją drogą, zrobienie czegoś odmiennie niż wszyscy i osiągnięcie sukcesu to świetny sposób na tak zwaną eliminację. Zostaną tylko Ci, którzy szczerze są Twoimi przyjaciółmi, którzy dobrze Ci życzą i trzymają za Ciebie kciuki. 
 
Przyjaciel, to prawdziwy skarb. Czy masz go w swoim partnerze, osobie z dzieciństwa czy też w mamie, siostrze czy bracie – pielęgnuj prawdziwą przyjaźń. 
 
Życzę Ci jej z całego serca!

To był zdecydowanie dobry rok!

Początek roku skłania do chwili refleksji. To dobra okazja aby pomyśleć, za co jesteśmy wdzięczni, z czego dumni, w czym zrobiliśmy postępy i jednocześnie do zaplanowania celów na kolejny rok. 
 
Oczywiście, możesz to zrobić „w głowie” jeżeli tak jest dla Ciebie lepiej, dla mnie jednak od zawsze słowo pisane miało jakieś szczególne znaczenie. Dlatego właśnie na przełomie grudnia i stycznia roku kolejnego, siadam na chwilę w fotelu i piszę..
I wiesz co sobie myślę? Ileż w tym roku się wydarzyło!
Zarówno w obszarze rozwoju zawodowego, mojego rozwoju jako młodej kobiety i po prostu człowieka ale także w naszym rodzinnym gniazdku.
 
W tym roku zawodowo weszłam na inny poziom. Dużo się nauczyłam. Ostatnie kilka miesięcy było bardzo intensywnie każdej sferze. Rozpoczęłam nowe studia z obszaru, który od zawsze mnie fascynował – psychologii. Poznałam niesamowitych ludzi, od których czerpię garściami mądrość życiową i doświadczenie – a to coś niesamowicie cennego.
 
Przeszłam proces coachingowy z którego niesamowicie wiele wyciągnęłam. Wykonałam kawał dobrej roboty i choć wciąż zauważam jakie obszary mojego „ja” wymagają pochylenia się – praca nad sobą to nie coś co „wkujesz na pamięć i już masz”, to proces – to po tych kilku miesiącach widzę u siebie ogromne zmiany. Zainspirowało mnie to mocno do rozważenia nowych kierunków zawodowych, ale o tym może innym razem 😉
 
 
 
 
Chyba największym wydarzeniem tego roku jest fakt, że zaręczyliśmy się z P, i tak tym szczęściem zarażamy już od jakiegoś czasu, planując jednocześnie ślub – coś wspaniałego i ekscytującego!
Przede wszystkim jednak cieszę się, że kolejny wspólny rok za nami, że nie ważne co się wydarzyło czy wydarzy to mamy siebie, stoimy za sobą murem i wspieramy się każdego dnia. Obserwuję jak z roku na rok nasz związek ewoluuje i zmienia się na coraz lepsze. Mieć taką osobę przy boku, to prawdziwe szczęście i żadne skarby świata tego nie zastąpią. Życzę tego każdemu z całego serca. 
 
Ostatnie 12 miesięcy było też czasem spełniania marzeń, także tych podróżniczych. P postanowił spełnić moje największe i pojechaliśmy do Stanów! Od dziecka marzyłam, by zobaczyć to wszystko na własne oczy, żeby spróbować kawy na „dolewki” w śniadaniówce rodem z filmu, jedząc przy tym pankejki z syropem klonowym i podbierając bekon z talerza P. 
Zwiedzając San Francisco i okolice, zrobiliśmy pieszo jakieś 500 km, a dla mnie taki aktywny wypoczynek i zwiedzanie, to po prostu pełnia szczęścia!
 
To było jedno z tych przeżyć, którym jeszcze nie dowierzam kiedy oglądam fotografie (a właśnie po ponad 2 miesiącach zabrałam się za ich uporządkowanie i wywołanie, co poskutkowało pięknymi nowymi obrazami na naszych ścianach).
 
Pojechaliśmy też w góry, co było naszym wspólnym planem już od dłuższego czasu. Oboje kochamy chodzenie po górach i smak grillowanego oscypka z żurawiną, więc kiedy już spakowaliśmy walizki do samochodu, zapakowaliśmy naszego Gustawa i ruszyliśmy w trasę na Karpacz – uśmiechy nie schodziły nam z twarzy. Ten urlop była nam potrzebny i mieliśmy niesamowitą frajdę!
 
Rok 2019 był dla nas cudowny! Dzięki niemu, patrzę w kolejny z ekscytacją! 
 
Postanowienia/cele? Tak, mam zaplanowane i już zacieram ręce do pracy nad nimi 🙂 
Myśl przewodnia? Nie oglądać się za siebie. Skupić się na tym co tu i teraz, by nie stracić żadnej chwili. Po prostu być. 
 
 

Dlaczego warto stawiać granice.

thinking
 
Ostatnio podczas jednej z rozmów, przyjaciółka – dziewczyna o włoskim temperamencie i niemal dosłownie sercu anioła, powiedziała mi: „Wiesz, że kocham Cię jak siostrę.. ale jest coś co mnie w Tobie wkurza. Ty jesteś dla ludzi za dobra. Jak ktoś podkłada Ci nogę, to mówisz temu stop, a nie usprawiedliwiasz go tłumacząc, że może wcale nie chciał, że noga sama jakoś mu się omsknęła”..
 
Macie tak czasami? Niby na początku jak ktoś Was zrani czujecie złość, macie ochotę trzasnąć drzwiami, ale potem jakoś tak złość przechodzi i zaczyna się usprawiedliwianie tego człowieka? Otóż to moi drodzy jest strasznie destrukcyjne. To oznacza, że nie stawiacie granic, a osoby Wam nieżyczliwie i nie tylko, szybko temat wyczują i będą wykorzystywać. 
 
Usiłuję konsekwentnie stawiać granice w prostych życiowych sytuacjach, w ramach treningu. Chyba zaczęłam zdawać sobie sprawę jakie to ważne. Jakby tak spojrzeć wstecz, wiele razy przez to że sama zacierałam i przesuwałam swoje granice, czułam się jak wykorzystywana idiotka, robiłam coś wbrew sobie. Bez sensu. Dlaczego niby mam czuć się głupio gdy powiem „nie” gdy następnym razem ktoś poprosi mnie o coś na co nie mam czasu czy ochoty? Dlaczego mam godzić się na wykorzystywanie, na bycie zawsze tą dobrą? Może czas być dobrym dla siebie? Czujesz tak samo? 
 
 
walk
 
 
Przypomnij sobie, kiedy ostatnim razem szef w pracy zlecił Ci nadgodziny, a Ty mimo że miałaś w planie spędzić popołudnie z dzieckiem i mężem, mimo że chciałaś pojechać na basen się odprężyć, mimo że miałaś iść na urodziny koleżanki czy też po prostu miałaś ochotę posiedzieć w domu z książką/filmem i lampką/lampą wina, ale za szybko powiedziałaś tak i wieczór nagle potoczył się zupełnie inaczej, nagle ślęczałaś przed ekranem swojego firmowego laptopa, podczas gdy szef dawno relaksował się na tenisie? 
 
Jeżeli wówczas miałaś ochotę powiedzieć nie, jeżeli czułaś w sercu że nie masz ochoty zmieniać swoich planów akurat tak nagle tego dnia – trzeba było grzecznie poinformować, że niestety ale nie miałaś tego w planach, masz już zaplanowany wieczór i tym razem nie możesz zostać. Nikt Ci za to głowy nie urwie. Powiem Ci więcej, inni zaczną szanować Twój czas. 
 
Wypróbowałam i wiem, że to po prostu działa wedle starej dobrej zasady, że jeżeli Ty sama szanujesz swój czas, to inni też będą. Jeżeli nie, to może czas zmienić otoczenie. 
 
 
Wiem co Tobą kieruje, bo miałam tak samo. Strach. Nawet do końca nie wiadomo przed czym. Czy bardziej strach przed tym, że inni pomyślą że nie mogą na Ciebie liczyć, czy przed tym, że nie będziesz już bohaterką – wybawicielką, która zawsze stoi gdzieś tam z tyłu i asekuruje.. Tylko czy chcesz być wiecznie cierpiącą bohaterką?
 
 
Ja nie chcę. Wolą być kojarzona jako osoba, która jest owszem skora do pomocy ale przy tym asertywna i działająca w zgodzie ze sobą. Taka, która nie boi się siły swojego głosu i swojego wyraźnego „NIE”. 
 
Spróbuj, uwierz że nauczenie się tego magicznego słowa i używanie go to będzie świetny prezent sprawiony samej sobie.
 
 
P.s. Przy okazji tego tematu, polecam Ci książkę Reginy Brett ” Mów własnym głosem” 😉 

Święta, święta. O najpiękniejszym miesiącu w roku i z wdzięczności za piątą choinkę.

christmas decoration

Uwielbiam zapach grudnia. Grudzień pachnie choinką, pomarańczą, cynamonem i piernikiem. Pachnie też ekscytacją, „główkowaniem” jaki prezent sprawi bliskiej osobie największą radość, dekorowaniem domu i radosnym odliczaniem dni do Wigilii. Dla mnie to najpiękniejszy miesiąc każdego roku, pomimo tego że to zima, a ja należę raczej do ciepłolubnych. 

Uwielbiam grudzień i okres świąteczny i mimo, że prawdę o Świętym Mikołaju dawno już poznałam, to cieszę się jak dziecko na te wszystkie grudniowe Bożonarodzeniowe czynności. Pieczenie pierniczków, wieczory z grzańcem.. planowanie i organizowanie prezentów – to mnie straszliwie kręci! I do tego jeszcze te wszystkie piosenki, kolędy i cała gama zimowych dźwięków. 

presents
Ten grudzień jest wyjątkowy, bo ubierzemy razem już piątą wspólną choinkę i właśnie zdałam sobie z tego sprawę. Tym wpisem, chcę podziękować mojemu Miśkowi że upoluje i wniesie tę choinkę na drugie piętro po raz piąty (dzięki Bogu w tym roku mamy już windę), że po raz piąty będzie udawał, że wcale nie domyśla się jaki prezent pod choinką znajdzie i że po raz piąty będę mogła szepnąć mu do ucha, jak bardzo mi dobrze z tym, że tworzymy tę grudniową (i nie tylko) rzeczywistość razem. To dla mnie ważne.
 
Nie wiem kiedy ten czas tak zleciał (wiem, brzmię jak jakiś stary człowiek). Kiedy przypomnę sobie ten pierwszy grudzień, pomyślę ile już zdarzeń wspólnie doświadczyliśmy i to skrajnie różnych, z całą gamą emocji (a to przecież dopiero początek) to zaczynam się robić jakaś taka sentymentalna. Miło wspomina się ten czas. 

W tym roku naszła mnie jakaś taka myśl, że dziś już niestety trudno o magię Świąt. Wszyscy pędzimy przez cały okrągły rok, nagle 24 grudnia zatrzymujemy się na moment żeby zaraz po 2 stycznia wpaść w Nowy pęd oczywiście z nowymi postanowieniami. 

 

Robi się z tego takie życie na przetrwaniu – od Świąt byle do ferii, od ferii byle do Wielkanocy, a stamtąd to już byle tylko do wakacji i tak w kółko… a potem co, byle do końca tego ciężkiego życia? Jakby życie było ciężką wędrówką, którą trzeba odbębnić. To smutne. Nie zgadzam się na to. Nie chcę w ten sposób. Życie jest cudowne, piękne, kolorowe, czasem stawia wyzwania ale one są jego częścią, elementem bez którego nie byłoby właśnie takie jakie jest. Życie jest super!

 
 
 
Jestem wdzięczna mojemu Miśkowi, że zatrzymuje dla mnie świat gdy dzieją się te piękne chwile. Potrafi oderwać mnie od pędzącej maszyny zwanej życiem codziennym i pokazać jak cudownie może być w naszym prywatnym slow motion. Dziękuję za to każdego dnia. Dzięki temu nie gubię ani magii Świąt, ani magii małych codziennych dobrych zdarzeń. 
 
presents window
W tym roku rozpoczęłam studia podyplomowe z Psychologii pozytywnej i w ramach zajęć miałam ‚przyspieszony’ dwudniowy warsztat Mindfulness. 

Nie wiem, czy kojarzysz ten nurt ale on mówi właśnie o tym (w dużym skrócie i uogólnieniu), jak nie tracić momentów ale uważnie ich doświadczać. Jak po prostu być, po prostu czuć, dać uwagę innym ale także sobie. 

To niesamowite, że dążąc do „szczęścia” potrafimy stracić kontakt z samym sobą, nie mówiąc już o tym jak tracimy kontakt z najbliższymi nam osobami. W efekcie oczywiście o szczęściu nie ma mowy.
 
Dla mnie te dwa warsztatów były cudownym momentem zatrzymania, i zdaniem sobie sprawy z tego co tak naprawdę daje mi szczęście i spełnienie, a co jest marnym substytutem. 

Zauważyłam na nowo, kiedy tylko udaję że jestem uważna, że słucham (niezależnie kogoś czy samej siebie). 
Idealnie złożyło się, że warsztaty odbyły się właśnie w grudniu, właśnie przed Świętami bo dla mnie ten czas sprzyja momentom zatrzymania i refleksji jak żaden inny w roku. 
 
 
Do Świąt jeszcze chwila, ale już teraz chcę Ci życzyć tego, abyś się cieszył/a, abyś doświadczał/a i na chwilę zatrzymał/a się – bo warto. Pozwól sobie po prostu być. Dla siebie, dla innych. 

American Dream – co zobaczyć w San Francisco i okolicach (fotorelacja)

Kiedy dziś w jesienny i chłodny wieczór przypominam sobie długie kalifornijskie i słoneczne dni i wspominam te wszystkie piesze wycieczki, kilometry przemierzone w poszukiwaniu najatrakcyjniejszych zakątków San Francisco – robi mi się ciepło na sercu. 
Wspomnienia i zdjęcia mają magiczną moc! 
 
Co warto zobaczyć? Opowiem Wam jak wyglądała nasza podróż – zdecydowaliśmy się na mój ulubiony środek transportu – nogi 😄 😄 Oczywiście nie wszędzie i zawsze ale staraliśmy się spędzić ten czas mega aktywnie. 
Nazajutrz po przylocie postanowiliśmy zacząć od śniadania w typowej amerykańskiej ‚śniadaniowni’ gdzie urocza kelnerka z american smile co rusz dolewała nam czarnej kawy do glinianych topornych kubków. Pancakes z truskawkami, sandwich z indykiem i serem czy jajka na bekonie to standard więc wszystkiego „po trochę” spróbowaliśmy. Obserwacja? Pyszne ale miało to chyba z milion kalorii 😛 
Po śniadaniu należało trochę tych smacznych kalorii spalić więc ruszyliśmy na podbój Fisherman’s Wharf wraz z Pier 39 i okolic. Szliśmy wzdłuż urokliwej ulicy usłanej wręcz palmami i nowoczesnymi przestrzeniami coworkingowymi – byłam zachwycona. 
Na miejscu kupiliśmy parę drobiazgów i słodyczy – byliśmy w jakimś słodkim królestwie z niezliczoną ilością pysznych cukierków, żelków, czekolad i innych – no raj na ziemi można powiedzieć!
Z Fisherman’s Wharf poszliśmy w stronę China Town mijając po drodze Russian Hill i włoską dzielnicę. To co zwróciło naszą uwagę to ilość pięknych murali. Artyści podpisują się pod swoimi dziełami – ozdabiają całe miasto, coś niesamowitego. 
 
Jako, że teren w San Francisco to głównie wzgórza i pagórki – dochodząc do Chińskiej dzielnicy umieraliśmy już z głodu i pragnienia. Znaleźliśmy cudowną chińską restaurację – to było coś! 
Samo China Town to przede wszystkim masa ludzi, targi z najróżniejszymi owocami i warzywami oraz mnóstwem bibelotów, które można nazwać po prostu kiczowatymi – tworzyły jednak tamtejszy klimat.
Jak się zapewne domyślacie po China Town kiedy już dotarliśmy do hotelu padliśmy na łóżko bez sił. Trochę nam zajęła regeneracja ale żeby nie stracić wieczoru postanowiliśmy jeszcze wyjść i zobaczyć miasto nocą. 
 
Hotel mieliśmy właściwie w centrum więc kolacja i piwo przy Union Square w jakimś fajnym miejscu były na wyciągnięcie ręki. 
Wiecie z czym kojarzą mi się tamte wieczory? Z odgłosami żywego miasta, dziadkiem na wózku który poruszał się w rytm  latynoskiej muzyki lepiej niż nie jeden dwudziestolatek, młodymi ludźmi pokazującymi swoje talenty przy Union Square i tym uczuciem szczęścia rozchodzącego się po całym ciele – to był wspaniały dzień. 
Kolejnym razem ciąg dalszy!
 
Buziaki
E.

Nasza podróż do USA! Przygotowania.

San Francisco view

Jako mała dziewczynka, marzyłam o tym aby pewnego dnia pojechać do Stanów. Odkąd zaczęłam oglądać amerykańskie produkcje, odkąd po raz pierwszy zapisałam się na zajęcia z jęz. angielskiego – podróż do USA stała się numerem jeden na liście moich marzeń. To niesamowite uczucie, kiedy coś co dla małej dziewczynki z małego miasta wydaje się tak odległe – teraz, po latach doświadczeń stanie się rzeczywistością!

I w tym miejscu ślę ogromne „dziękuję” mojemu ukochanemu, bez którego ta podróż nie nastąpiłaby tak szybko. Kochanie, spełniasz jedno z największych marzeń! <3

Zawsze odkładałam tę podróż na później, z czasem stała się już punktem na liście, do zwiedzenia „za jakiś czas” – aż tu nagle pewnego „normalnego” sierpniowego popołudnia P. oznajmia ni z tego ni z owego, że pod koniec września jedziemy do Stanów.. w pierwszej chwili sądziłam, że sobie żartuje.. ale jak to.. wizy, urlop, pozwolenia.. i to niby tak szybko? No i z jakiej niby racji?

Ano tak! Jedziemy, naszą „bazą” będzie piękne i słoneczne San Francisco w Californi, a stamtąd już będziemy odwiedzać te miejsca i miasta, które wybierzemy.
Wybieramy się na targi TechCrunch – jedne z największych targów poświęconych innowacjom i nowym technologiom na świecie – koniecznie zrobię relację na blogu z tego wydarzenia, bo uwierzcie – będzie niesamowite!

Nasze przygotowania zaczęliśmy od ubiegania się o wizę. I tutaj, choć spodziewałam się długiego i trudnego procesu – poszło dość gładko.

Na początku trzeba na stronie ambasady wypełnić formularz (chyba to był najdłuższy etap, bo pytania jakie się pojawiają bywają dość szczegółowe – najbardziej zabawne były te o ilość byłych małżonków lub o to, czy nie wybieram się za granicę w celach popełnienia przestępstwa 🙂 Później już jest łatwiej – dokonuje się opłaty wizowej, tworzy specjalny profil na stronie ambasady i po zaksięgowaniu wpłaty – umawia się wizytę w ambasadzie.

To co może przerazić – to ilośc różnych linków, które trzeba otworzyć by przebrnąć przez proces.
Bardzo ważne jest wydrukowanie: potwierdzenia umówienia wizyty, potwierdzenia złożenia wniosku, zabranie również paszportu (aktualnego i poprzednich). Z takim kompletem można ruszać na wizytę do Stolicy.

Po przybyciu pod ambasadę, wystarczy ustawić się w kolejce. Nie musicie martwić się, że Wasza wizyta jest za parę minut, kolejka na 20 osób i nie wiecie, o której dostaniecie się wreszcie „do okienka”.
Przed ambasadą, pracownik ambasady ustawia ludzi w kolejce i sprawdza potwierdzenia umówienia wizyty i podaje dalsze szczegóły. O wszystkim Was poinstruują, naprawdę nic strasznego 🙂

Nam całość wizyty zajęła około godziny (2 osoby). Całość procesu ubiegania się o wizę od złożenia wniosku do otrzymania paszportu z wizą – 2 tygodnie (od spotkania w ambasadzie w ciągu 4 dni otrzymaliśmy wizy).

Tak jak na początku obawiałam się samego procesu tak dziś wiem, że jedyna „trudność” to czasochłonność wypełniania formularzy i konieczność podróży do Warszawy.
Na szczęście przez najbliższe 10 lat nie będziemy musieli powtarzać tych czynności 🙂

Teraz przed nami inne wyzwania, o których napiszę wkrótce!

Buziaki,

E.

Co to znaczy „być sobą”

hat
Piątkowy wieczór, pierwszy od dawna tak spokojny. Pierwszy w wygodnych ciuchach na kanapie, w „znoszonym” już makijażu, niedbale związanych włosach. Od niechcenia wybrałam jakiś film na Netflixie, padło na „Wysoką dziewczynę”.

Nie był to może film najwyższych lotów, P. właściwie przespał jakieś 3/4 filmu ale mnie z jakiegoś powodu wciągnął.

Akcja rozgrywa się gdzieś w Stanach. Główna bohaterka, to młoda dziewczyna, wzrost 186 cm w wieku licealnym co na tle innych dzieciaków było raczej widocznym znakiem szczególnym. Oczywiście dzieciaki nie dawały jej żyć, traktowały jak odmieńca itd. itd. Dziewczyna jednak w pewnym momencie postanawia o siebie zawalczyć i pokazuje, że to co w ich oczach czyni ją odmieńcem tak naprawdę nadaje jej wyjątkowości. Pokazuje, że to nie bycie klonem jednym z wielu powoduje, że jesteśmy wyjątkowi ale właśnie te cechy, które nas od innych odróżniają.
 
Tak, zawsze możemy doszukiwać się w sobie czegoś co za wszelką cenę chcielibyśmy zmienić. Jednak życie w takiej pełnej akceptacji jest po prostu piękniejsze. Pokonując swoje lęki przed byciem innym masz dwie opcje. Możesz skulić się i schować lub wypiąć pierś i być dumnym z tego kim jesteś – doświadczać pięknych rzeczy, chwil.
 
To mi przypomina siebie sprzed kilku lat. Wciąż widziałam w sobie coś co wymaga poprawy, udoskonalenia, zmniejszenia czy powiększenia. Zawsze było coś. Z czasem jednak przestałam tak surowo na siebie patrzeć. Jestem dumna z tego kim jestem i jaka jestem. Lubię swoje „za małe” usta, piegowaty nos i parę innych cech jak to, że bywam chaotyczna, wszystko analizuję, gubię się nawet z mapą w rękach i lubię komedie romantyczne, choć większość ludzi uważa je za tandetne.

Co więcej, lubię swoją wrażliwość, to że płaczę gdy widzę czyjąś krzywdę, że jestem tak emocjonalna. Dziś odkrywam w tym swoją siłę, nie słabość.

Czy pracuję nad tym by być lepszym człowiekiem? Tak. Czy uważam, że to jaka jestem dziś jest czymś złym? Nie.
Po prostu.
 

Ostatnio przeczytałam na którejś z fejsbookowych grup, że „Pewność siebie (co rozumiem jako umiejętność bycie sobą, nie ważne co by się działo) nie oznacza, że gdy spotykasz się z ludźmi zadzierasz nosa i uważasz się za kogoś lepszego. Pewność siebie oznacza, że gdy spotykasz się z ludźmi jesteś sobą, bo wiesz, że z nikim nie musisz się porównywać”.

Bardzo mi się to spodobało. Z tą właśnie myślą Cię zostawiam..

 

 

Dobrego piątku!

E.

 

 

Kolorowy zawrót głowy – czyli planujemy nasz ŚLUB

Od czasu, gdy powiedziałam „Tak” minęło już kilka miesięcy. Choć początkowo dawaliśmy sobie dwa lata na przygotowanie do ślubu, ostatnio na wakacyjnym wyjeździe, spacerując po pięknych zakątkach Karpacza doszliśmy do wniosku, że termin jednak zmienimy i weźmiemy ślub we wrześniu przyszłego roku!

No i szaleństwo się zaczęło! <3
Mam totalny mętlik w głowie, bo kompletnie nie znam się na planowaniu takich imprez. Wiem jednak, że lepiej działać ze wszystkim krok po kroku, bo przygotowanie wesela nie jest tak proste i szybkie jak na pozór się wydaje.

Chcę tu stworzyć oddzielny cykl wpisów o tym co i jak będziemy robić, by zorganizować jeden z najpiękniejszych wieczorów naszego życia.

Ale! Nie ma porządnego organizowania bez profesjonalnego plannera! Dziś przejrzałam chyba tysiące plannerów, inspiracji, porad od czego zacząć i na ile miesięcy przed planowaną datą ceremonii, widziałam milion wzorów zaproszeń (i oczywiście najbardziej spodobały mi się w stylu Glamour ;)).

Zanim jednak kupiłam planner, zanim zaczęliśmy z P. po kolei wszystko sprawdzać, odwiedzać itp. – skomponowaliśmy listę gości, listę potencjalnych miejsc w których widzimy swoje wesele. To pozwoliło oszacować koszty, wykonać wstępny zarys tego czego oczekujemy jako efekt końcowy.

To niezwykle ekscytujące i stresujące zarazem – nie sądziłam, że już na etapie pierwszych „szkiców” pojawi się tyle detali i tyle niuansów na które będziemy musieli zwrócić uwagę.

Na pierwszy ogień wiadomo – sala i zespół.Dwa bardzo istotne elementy. Dwa czynniki, które mogą zarówno stworzyć niepowtarzalny klimat, jak i skutecznie go zniszczyć.

Sala.. no właśnie. Od początku byliśmy przekonani, że co jak co ale ten temat mamy ‚załatwiony’. Wybraliśmy miejsce już dawno temu podczas jednej z pierwszych naszych wspólnych wycieczek. Piękny stary lecz odrestaurowany dworek znajdujący się nad jeziorem, około godzinę drogi od Poznania. Kiedy więc już wybraliśmy datę, jedną z pierwszych decyzji była podróż „dla formalności” aby obejrzeć i zarezerwować salę.. jak dobrze, że nie zrobiliśmy tego „w ciemno”!
Sale weselne okazały się zmienione, były kompletnie nieustawne, za małe i po prostu nieładnie wykończone, parkiet był wielkości mikro. Jednak to jeszcze nic – dałoby się coś zrobić. Hitem była Pani z „działu sprzedaży”! Dawno nie spotkałam kogoś z taki nietaktownym podejściem, starającym się każdym zdaniem dać do zrozumienia, że po prostu mu się nie chce.
Brak kultury osobistej i teksty na zasadzie „nam to się bardziej opłaca jak biznes przyjeżdża – Ci co wesela robią, to chcą jak najmniej zostawić, a biegania przy nich dużo” oraz „ja mogę tą salę udostępnić, jak będziecie chcieli jakieś ekipy wpuścić, ale nie proście mnie żebym coś zrobiła. To nie moja robota” – przekonały nas, że jeżeli tak wygląda pierwsze zetknięcie z potencjalnym klientem, to im dalej tym gorzej będzie.

Na szczęście mieliśmy kilka pomysłów w zanadrzu i szybko udało się zaaranżować kolejne spotkania – następne już w tę sobotę więc trzymajcie kciuki <3

Co do zespołu to właściwie od jakiegoś czasu był wybrany – kwestia więc uzgodnienia terminów i… mamy to!

Teraz czas na chwilę wytchnienia i skupienia na codzienności, od soboty ruszamy z tematem dalej. Bardzo emocjonujące to całe planowanie! Tyle jeszcze przed nami, tyle nowych rzeczy się nauczę!

Jestem nieziemsko szczęśliwa!
P.s. trzymajcie kciuki, żebym nie zwariowała! Już niebawem kolejna relacja <3

E.