O odwadze życia według własnych reguł.

Jadąc rano na zakupy przez szybę samochodu zobaczyłam biegającego młodego chłopaka na porannym joggingu. Poza tym, że podziwiam osoby które niezależnie od warunków pogodowych i pory roku wstają rano by biegać (z własnej nieprzymuszonej woli), uderzyło mnie jeszcze jedno. Przebiegając obok przydrożnego krzyża, chłopak się przeżegnał. Niby nic. Zwykły gest (dla osoby wierzącej), niezauważalny szczegół dla ateisty. Mi ten człowiek zaimponował odwagą. Nie dlatego, że wykonał religijny gest ale dlatego że zrobił to co w danej chwili uważał za dobre, nie zważając na to czy ktoś go za to oceni czy nie.
 
Jeszcze bardziej jednak dotknęło mnie to, że zdałam sobie sprawę iż dziś być sobą i żyć w zgodzie ze swoimi poglądami – dla większości ludzi – to kwestia być lub nie być odważnym. Świat akceptuje to co w danym czasie jest modne, co się sprzedaje, co robi większość i w co wierzy większość. Pochwala się życie skrajnie skupione na materializmie, związki „na chwilę” lub przelotne znajomości, pracę 24/7 w pogoni za wielką karierą i jeszcze większymi pieniędzmi przypłacaną często zdrowiem fizycznym i psychicznym lub utratą relacji z drugim człowiekiem.
Otoczenie akceptuje Cię jeżeli jesteś taki sam jak milion innych egzemplarzy dookoła, stygmatyzuje Cię gdy robisz coś inaczej, po swojemu.  
Wiesz, tu nie chodzi o narzucanie czegoś swojego innym ale o życie tak jak pragniesz i potrzebujesz. 
 
 

 

Do tej odwagi życia według własnych reguł, do dobrego życia chyba trzeba dojrzeć. Nie mówię o dojrzewaniu w kontekście wieku. Wiek niewiele ma tu do rzeczy. Tu chodzi o dojrzałość emocjonalną, życiową, Twoją wewnętrzną. I chyba do każdego ta dojrzałość przychodzi w innym czasie. Zapewne są i takie przypadki, gdy ona nie pojawi się nigdy, bo jej trzeba zwyczajnie chcieć. 
 
Ja uczę się pogłębiania dojrzałości wybierając dobre życie, rezygnując z tego co mi szkodzi na rzecz tego co ma na mnie dobry wpływ. Aby móc sobie na to pozwolić, najpierw musiałam poznać bliżej siebie. Tak często mało o sobie wiemy. Kim jesteśmy? Jakie role w życiu podejmujemy? Co jest dla nas dobre? Czy umiemy stawiać granice i reagować odpowiednio gdy ktoś je przekracza? Jakie są nasze związki? Kiedy poznałam odpowiedzi na te pytania o wiele prościej było mi ustalić co i jak praktykować by moje życie było lepsze, co dla mnie oznacza również bardziej świadome. 
 
 
Dążenie do dobrego życia nie zawsze jest łatwe, proste i przyjemne. To co nam służy nie zawsze przychodzi z dziecinną łatwością. Opowiem Ci prosty przykład z mojego życia, który właściwie rozgrywa się teraz w ostatnich tygodniach. Postanowiłam zmienić nieco swoją rutynę i wstawać codziennie (w weekendy także) o 5.30 rano. Docelowo chcę dojść do momentu wstawania o 4.30 ale, że nie od razu Rzym zbudowano to i ja dam sobie trochę czasu na łagodniejszą zmianę. 
 
Wiele słyszałam o tym jak dobrze jest zacząć dzień wcześniej. Po pierwsze Twój dzień jest dłuższy bo zyskujesz kilka dodatkowych godzin. Po drugie, mówi się że między 4.00, a 7.00 rano jest Twój najproduktywniejszy i najlepszy czas. Po trzecie jest to okazja by zacząć dzień na spokojnie od np. praktyki jogi, wypicia w ciszy przy wschodzie słońca kawy kiedy świat jeszcze śpi – generalnie możesz mieć czas tylko dla siebie na swoje ranne rytuały. 
 
 

 

Zachęcona tymi benefitami, powiedziałam „Zgoda! Od jutra ja też spróbuję”. Na początek wyzwanie ustaliłam sobie na 1 tydzień. Potem przedłużyłam je o kolejny i tak mam nadzieję całkowicie się przestawić. Czy jest łatwo? Ani trochę! Mam kryzysy i dni, kiedy wyłączam budzik i 10 minut zwlekam się z łóżka. Są takie dni, kiedy stosuję metodę szokową i gdy tylko zadzwoni budzik otwieram oczy i idę do łazienki przemyć twarz zimną wodą. Są też takie, gdy wstaje mi się świetnie mimo iż za oknem jest totalnie ciemno, pada deszcz i zimowy zegar sennym głosem wzywa mnie jeszcze do ciepłego łóżeczka. 
 
Wiem, że to co wygodne nie zawsze jest dla mnie lepsze. Dlatego trwam w swoim postanowieniu i wiesz, z każdym dniem czuję się lepiej. Perspektywa dłuższego dnia i jogi na dzień dobry jest wspaniała i daje mi mnóstwo motywacji. Wiem też z doświadczenia osób które od lat w takim rytmie żyją że kiedy już przestawisz swój organizm – nigdy więcej nie wrócisz do spania do 7.00, 8.00 czy 10.00. To co ja zauważyłam u siebie, to także fakt że gdy robię coś takiego dla siebie i po swojemu zyskuję odwagę, bo robię coś inaczej nić większość. Stawiam swoje dobro ponad oczekiwaniami współczesności. 
 
Żyję po swojemu. Polecam, warto <3

O praktyce wdzięczności jako drodze do szczęścia. Dlaczego tak ją sobie cenię.

 

Oprah Winfrey powiedziała kiedyś – „Bądź wdzięczny za to co masz, a będziesz miał tego więcej. Jeżeli koncentrujesz się na tym czego nie masz, nigdy nie będziesz mieć wystarczająco dużo”. Ostatnio dużo słuchałam i czytałam o tym, jak kluczowe w drodze do szczęścia jest praktykowanie wdzięczności. Kupuję to. Logicznie myśląc, prościej jest odnaleźć szczęście skupiając na tym co mamy niż uganiać się za niedoścignionym i frustrować faktem, że nie mamy wszystkiego. Nikt nie ma wszystkiego. 
 
Wdzięczność po prostu działa. Oczywiście na szczęście w życiu składa się wiele czynników. Według Sonji Lubomirsky składowe szczęścia rozkładają się tak, że 50% to czynnik biologiczny czyli to co mamy „zapisane”. I tutaj fakt, jest to dużo więc możesz pomyśleć: „Skoro tyle zależy od czynników biologicznych, to co ja mogę?”. Otóż możesz bardzo dużo, bo choć okoliczności życia czyli nasze środowisko, majątek, materialne czynniki – zajmują 10% (oczywiście są to wartości uproszczone, poglądowe), to aż 40% to nasza własna aktywność. Aż 40% zależy tylko i wyłącznie od nas, od naszej pracy nad szczęściem. To już brzmi lepiej, prawda? Być może stąd też powiedzenie, że pieniądze szczęścia nie dają. Wielu ludzi potwierdziło, że choć mieli w życiu można powiedzieć wszystko: karierę zawodową, majątek, możliwość podróżowania w najdalsze zakątki świata – to nie czuli się szczęśliwi. Mieli wszystko, a jednocześnie nie mieli nic. 
 
To relacje w naszym życiu są naprawdę istotne, to nasza postawa się liczy i to co zrobimy, co będziemy w sobie pielęgnować ma znaczenie. Możesz oczywiście wierzyć mi lub nie, to Twoja decyzja. Ja jednak chcę dzisiaj powiedzieć o tym, że możesz naprawdę dużo. 
 
 

 

Skupiam się tu na zagadnieniu wdzięczności, bo dziś jest mi ono szczególnie bliskie. Postanowiłam praktykować wdzięczność, zainspirowana ludźmi których to odmieniło. Co więcej, zauważyłam że gdzieś podświadomie wdzięczność była w moich myślach zawsze. Czułam ją w prostych sytuacja jak choćby na spacerze, kiedy słońce świeciło mi prosto na twarz a ja miałam całe popołudnie aby się tym cieszyć. Czuję za każdym razem gdy spotka mnie coś dobrego, gdy ktoś okaże mi miłość, przyjaźń czy po prostu wysłucha kiedy potrzebuję mówić. 
 
Co daje więc świadoma praktyka? Na pewno to, że potrafię być wdzięczna za coraz „mniejsze” szczęścia i bardziej zwyczajne sytuacje. Poza tym, potrafię już łapać się na tym, by w momencie prozaicznych sytuacji które średnio lubię jak np. ulewa kiedy ja przemierzam ulice w baletkach czy szpilkach – nie denerwować się, nie przeklinać tego deszczu w myślach i nie nakręcać się negatywnie ale przekierować myśli w stronę wdzięczności – bo dawno nie padało, bo w domu mam suszarkę, bo samochód stoi za rogiem, a nie 5 km dalej. Przykład może przerysowany ale chodzi o mechanizm działania mojej głowy i kontroli nad tym co chcę przyjmować, a czego nie. 
 
Wdzięczność uczy mnie także tego, jak ważna dla siebie jestem. I to jest dobre. Nie stawiam się na samym końcu jak zwykłam to robić kiedyś. W tym wszystkim jednak w dalszym ciągu widzę potrzeby innych. Prawda jest jednak taka, że jeżeli nie zadbam o swoje zasoby, nie obdaruję innych. Najpierw muszę „mieć z czego dawać”, nie da się inaczej. 
 
 
Jest jeszcze jeden ważny powód dla którego wdzięczność jest tak świetną praktyką. Otóż wdzięczność daje radość. Czystą radość z codziennego dnia. Pisząc ten tekst siedzę w kuchni. Przez balkonowe okno wdzierają się promienie słońca, którego brakowało przez kilka ostatnich dni. Mam kubek ciepłej kawy i jest wczesny poranek, świat dopiero się budzi. Czuję nieziemską radość, a powiedziałbyś – nic szczególnego 😉 
 
 
„Every day may not be good, but there’s something good in every day” 

Tak dobrze i pięknie być sobą.

 

O akceptacji i „samomiłości” wiele już napisano, wiele porad udzielono ale wydaje mi się, że ten temat jest zawsze aktualny. W świecie w którym tak wiele jest oceniania, przypisywania ról, oczekiwania i wymagania by wszystko było więcej, szybciej i bardziej, trudno jest znaleźć prawdziwego siebie i tak po prostu bez żadnej oceny i etykietki pokochania. 
 
Czasem mam wrażenie, że ta praca nad pielęgnowaniem miłości do swojej osoby, nad akceptowaniem z niedoskonałościami nie tylko ciała ale i faktem, że nie we wszystkim możemy czy musimy być najlepsi, trwa niezmiennie całe życie. 
 

Mówi się, że aby ktoś mógł nas prawdziwie pokochać, najpierw sami musimy pokochać siebie.. Nie do końca mogę się z tym zgodzić, choć może w wielu przypadkach tak właśnie jest. W moim było tak, że najpierw miłość i akceptację otrzymałam od najbliższych, później sama nauczyłam się dostrzegać to, że jako człowiek, jako kobieta, partnerka i osoba w każdej innej życiowej roli jaką przychodzi mi przyjmować – jestem wyjątkowa. Niepowtarzalna. I Ty też jesteś, tylko musisz nauczyć się to dostrzegać. 

To poczucie akceptacji i „samomiłość” są cudownie wspierane przez uczenie się dystansu do siebie. Podam Ci przykład. Kucharka ze mnie raczej przeciętna. Owszem, są dania z których jestem dumna ilekroć je przygotowuję ale często zdarza mi się w kuchni próbować innowacji, które kończą się zamówieniem pizzy z dowozem pod drzwi. Nie zniechęca mnie to. Kiedyś jednak, każdą „porażkę” kulinarną, każdą zbyt ostrą/słoną/słodką/wysuszoną itp. potrawę przeżywałabym kolejne dwa dni, wyrzucając sobie, że jestem do niczego, że żadna ze mnie „Pani domu”, że jak tego nie zmienię, to mój przyszły mąż i dzieci będą miały ze mną kiepsko i będą jeść u znajomych lub wpadać do McDonald’s po drodze do domu. 
Dziś widzę to zupełnie inaczej. Dziś jak mi coś nie wyjdzie, to śmieję się w głos! Jak wyjdzie, to skaczę z radości i czuję dumę. 
 
P.s. Dziś na przykład robiłam zupę tajską, tylko że planowo miała być raczej łagodna niż bardzo ostra i makaronu powinna być taka ilość, żeby łyżka nie stawała w garnku…no cóż.. 😉
 

 

Spoglądając nieco wstecz, widzę jaką drogę już przebyłam i ile pracy nad sobą wykonałam. Pokochałam tę najprawdziwszą wersję siebie i wiecie co, to świetne uczucie! 
Lubię swój upór, lubię to że nie robię problemów tam gdzie ich nie ma, lubię swoje poczucie humoru i konsekwencję w działaniu, gdy zależy mi na osiągnięciu celu. Lubię to, że gubię się nawet na parkingu, że zależy mi na ludziach i tak bardzo boli mnie ich krzywda. I lubię siebie za miłość do ludzi i zwierząt, za to że nie jestem obojętna, za to że jestem rodzinna – rodzina jest dla mnie ogromną wartością, zawsze znajdę dla niej czas. 
 
Lubię siebie też swoją fizyczność. Lubię swoje nogi (choć od dziecka ich nie cierpiałam i były dla mnie największym kompleksem, prawie tak wielkim jak małe usta). Lubię swoją twarz, zwłaszcza uśmiechniętą. Lubię swoje cienkie i piórkowate włosy, dłonie i kobiecą sylwetkę. 
 
I wiesz co, pokochałam to wszystko i wiele więcej w sobie w momencie kiedy ujrzałam siebie oczami mojego partnera. Zobaczyłam coś, co dało mi impuls do przyjrzenia się sobie zupełnie szczerze i bez oceniania. Pomogły mi też sesje coachingowe, na których zobaczyłam i nazwałam swoje mocne strony i po prostu je przyjęłam. Pomogła mi praca z ludźmi, bo zobaczyłam jak różni jesteśmy jedni od drugich i jak wyjątkowi. 
 
 
Życzę Ci Kochana, abyś – jeżeli jeszcze tego nie zrobiłaś, odkryła to jak wyjątkową osobą jesteś i ile masz w sobie piękna.
 

Nie istnieje nic takiego jak stracone szanse.

 
Ten wpis zaczęłam przygotowywać już jakiś czas temu. Jednak dziś dopiero poczułam, że jestem gotowa by go dokończyć i opublikować. Dlaczego temat straconych szans był dla mnie trudny do skonfrontowania z samą sobą? Być może, choć wiedziałam że zdanie zawarte w tytule jest słuszne, pod skórą czułam że nie do końca jego słuszność stosuję w życiu? 
 
Już kilka razy „zaczynałam od nowa”. Czy to w kwestii szkół które wybierałam, znajomości jakie zawierałam czy choćby tak prozaicznych działań jak przejście na wegetarianizm lub nauka nowego języka. W życiu nie zawsze jest tak, że idzie jak z płatka. O ile w kwestii diety byłam w stanie przeboleć kolejną „porażkę” w postaci steka z frytkami zamiast falafela (po jakimś czasie dopiero dotarło do mnie, że nie muszę całkowicie rezygnować z mięsa, przynajmniej nie tak gwałtownie, mogę po prostu mięso znacznie ograniczyć bez katowania się za zjedzenie burgera), o tyle już w kwestiach o wyższej randze w moim systemie wartości i ważności jak relacje z ludźmi czy decyzje edukacyjno-zawodowe nie było tak łatwo. 
 

 

Czy istnieją stracone szanse? Dla mnie nie! Każda sytuacja, w której coś nie „nie wyszło”, coś się skończyło lub gdzieś powinęła mi się noga – ostatecznie otwierała zupełnie nowe drzwi za którymi czekało coś wspaniałego!
Przykłady? Gdyby nie decyzja, żeby przerwać po dwóch latach pierwsze studia na jakie poszłam – optykę okularową z optometrią (nie od razu czułam się z tą decyzją dobrze i komfortowo, bo była wbrew niemal wszystkim „dobrym radom” jakie słyszałam) – zapewne do dziś nie odkryłabym, że to praca z ludźmi daje mi największą satysfakcję, niekoniecznie robienie i dobieranie okularów. Pamiętam, że gdy postanowiłam zrobić ten krok kilka lat temu tylko P. wspierał tę decyzję i wierzył, że jest dobra bo ja tak czuję, bez oceniania i doradzania.
Gdyby nie kilka pogmatwanych relacji w moim życiu, które zakończyły się bolesnym fiaskiem – pewnie nie spotkałabym miłości swego życia, mojego P. 
Gdyby praca nie przeszkodziła nam niemal dwa lata temu w wyjeździe na wakacje, dziś nie byłoby z nami naszego adopciaka – Gustawa. To właśnie wtedy postanowiliśmy z P., że w sumie skoro zostajemy to może spełnimy nasze marzenie o małym czworonożnym przyjacielu, może damy mu dom. To była świetna decyzja, bo ten kundelek totalnie wypełnił nasz dom, nie wyobrażamy sobie dziś naszych czterech ścian bez niego. 
 
Znalazłabym jeszcze kilka takich sytuacji. Chodzi mi jednak o to, żebyś nie biczowała się za to że jakieś drzwi się zamknęły, że jakiś człowiek/ludzie zniknęli z Twojego życia. Tak się po prostu dzieje. Jeżeli żyjesz w zgodzie ze sobą, stawiasz granice – to zawsze znajdzie się ktoś komu to nie będzie pasowało i być może odejdzie. Na jego miejscu pojawi się ktoś inny, dla którego Twoja indywidualność będzie czymś normalnym, nie będzie chciał tego na siłę zmieniać. 
 
Ja dziś na takie sytuacje nie patrzę jak na „stracone szanse” ale po prostu zmiany, lekcje, nowe możliwości. Nie zawsze jest łatwo, lekko i przyjemnie – nie w tym przecież rzecz. Chodzi o to, by nadawać tym zdarzeniom sens i akceptować fakt, że występują. Tylko tyle i aż tyle 🙂
 
 

Po nitce do kłębka – czyli jak dbać o relację w związku.

 
Relacje w związku to z jednej strony temat rzeka, o którym tak wiele już powiedziano – z drugiej jednak patrząc na ilość rozstań/rozwodów w ostatnich latach to jednak chyba wciąż o relacjach niewiele wiemy. Czy można z drugą połową przeżyć całe życie i nie tracić ognia, który przez pierwszy okres jest tak silny? Czy można zbudować z partnerem relację trwałą, stabilną i taką, która przetrwa wszystkie kryzysowe etapy wspólnego pożycia?
 
Uważam, że można i warto jednak wymaga to woli i pracy obojga PARTNERÓW. Dlaczego podkreślam to słowo? Bo niestety nie zawsze na partnerstwie opierają się relacje miłosne, a to już pierwszy stopień do niepowodzenia. 
Temat relacji między kobietą, a mężczyzną zawsze mnie fascynował. Złożoność związków, trwałość i oczywiście jakość wspólnego życia. Dlatego postanowiłam przyjrzeć się temu bliżej wykorzystując nieco fakt, że uczestniczyłam ostatnio w ramach Psychologii Pozytywnej w warsztatach na temat takowych relacji właśnie. 
 
Podczas warsztatów jednym z ćwiczeń było podawanie – przy jednoczesnym rzucaniu sobie nawzajem w grupie piłki – filarów związku partnerskiego. Padały różne hasła, jednak te które pojawiały się najczęściej to wolność (w związku nie ma czegoś takiego jak „dokręcanie śruby”, bo nie żyjesz z robotem tylko z człowiekiem, którego albo akceptujesz i kochasz takiego jakim jest albo nie), miłość, seks, czułość, przyjaźń, partnerstwo i wzajemny szacunek, wspólne spędzanie czasu (we dwoje, bez dzieci/przyjaciół/rodziny). 
To wszystko jest bardzo ważne i pozwala na pielęgnowanie związku. 
 
 
Wiecie, że według badań Gottman’ów (pary terapeutów, którzy lata poświęcili na badania i doświadczenia, których wyniki mogą pomóc w pracy nad związkiem) partnerzy/małżonkowie powinni spędzać minimum 5 godzin tygodniowo na pielęgnowaniu swojej relacji? Te pięć godzin zawiera także ok. 2 godzin cotygodniowej randki, rozmowy rano przy kawie czy też wieczorem po kolacji. Gottman’owie, mówią też o tym jak bardzo istotne jest to aby być na bieżąco z tym co dzieje się w życiu naszej „lepszej połowy”, jakie są jej/jego pragnienia i marzenia ale też co spotkało go w ciągu dnia lub czeka na niego jutro w pracy. Okazywanie sobie wsparcia i dawanie poczucia „my kontra cały świat”, nieważne co by się nie działo pomaga drugiej osobie rozluźnić się i poczuć dobrze. A przecież nikt z nas nie chce aby jego najbliższa osoba czuła się spięta, niedowartościowana lub zaniepokojona. 
 
Po warsztatach coś co czułam najbardziej to ogromna wdzięczność za mojego partnera. Osobę świadomą tego, że związek wymaga pracy i zaangażowania i chętną by taką dobrą relację ze mną tworzyć. Kogoś dla kogo jestem ważna. Życzę każdemu by trafił w życiu na taką osobę, dla której będzie najważniejszy. Przy której będzie prawdziwie sobą, bez masek, powinności. 
 

 

Doskonale wiem, że nie zawsze w relacjach tak jest. Co można zrobić, by sobie pomóc? 
 
  • Porozmawiać przy kawie rano – znaleźć czas by z początkiem dnia zainteresować się tym co czeka naszą drugą połowę w pracy. Jakie wyzwania, jakie obawy czy też jakie przyjemne doświadczenia.
  • Umówić się na cotygodniową randkę. To może wydawać się niełatwe ale jeżeli zaczniemy od jednej randki w miesiącu, to już brzmi lepiej, prawda? Może jest coś co lubicie robić razem? Może po prostu otwórzcie butelkę wina i włącznie film, który oboje Was zainteresuje?
  • Dawać sobie znać, że o sobie pamiętamy. Jak miło jest dostać w ciągu dnia wiadomość, choćby krótkie „kocham Cię”, „dziękuję, że jesteś”, „myślę o Tobie”. Dobrze jest czuć, że dla kogoś jesteśmy najważniejsi.
 
To tylko trzy drobne wskazówki. Choć domyślam się, że znajdą się tacy, dla których będą wydawały się bardzo trudne do zrealizowania, bo są dzieci i wiele obowiązków, inny tryb pracy itp. Tutaj podpowiedź jest jedna. Jeżeli Twój związek jest dla Ciebie priorytetem, znajdziesz chęci i czas. To decyzja, którą trzeba podjąć. Pytanie, czy Twoja relacja z mężem/żoną/partnerem/partnerką jest wystarczająco ważna? 
 
Warto pracować nad związkiem. Warto żyć ze sobą, a nie obok siebie. Z jakiegoś powodu podjęliście kiedyś decyzję by być razem, może czas by sobie o tym przypomnieć? 
Warto dbać o uczucie, bo czym byłoby życie bez miłości..
 

Cud-miód burgery po mojemu i początek kulinarnej przygody.

Burgery, moja skryta kulinarna miłość od zawsze. To właśnie ogromna ochota na ich zjedzenie natchnęła mnie do napisania tego postu 😉
 
Jako, że w kuchni jeszcze do niedawna czułam się jak na księżycu – średnio pewnie i średnio mi się po tym obszarze udawało poruszać – to zazwyczaj na prostych daniach się kończyło. 
Jakiś czas temu odkryłam, że gotowanie sprawia mi niesamowitą frajdę! A im bardziej skomplikowany przepis, im więcej rzeczy mogę wykonać home-made tym zabawa ciekawsza i bardziej angażująca. Pomyślałam też, że nie muszę być ekspertem kulinarnym, by o gotowaniu pisać. Stąd pomysł na nową zakładkę Jedzenie i na to by pod nią zamieszczać od czasu do czasu wpisy bardzo kulinarne i bardzo po mojemu. Te udane i te, które okazały się klapą.
 
Znajdziecie też trochę zdjęć, bo sama wiem że uwielbiam  kiedy w przepisach i wpisach na temat jedzenia są zdjęcia. Bez nich, to nie to samo. Zdjęcia umilają czytanie i pobudzają wyobraźnię, a dla takich wielbicieli jedzenia jak ja, są też świetnym pobudzaczem apetytu.
 
 
No i tak się jakoś ta moja historia z gotowaniem i eksperymentowaniem w kuchni zaczęła ku uciesze mojego P. Oczywiście nie zawsze wychodzi tak perfekcyjnie jakbym chciała ale doszłam do wniosku, że i tu jak wszędzie indziej potrzebna jest praktyka i próbowanie. 
 
Dziś na przykład spędziłam w kuchni pół dnia, bo wspomniane wyżej cudowne burgery postanowiłam przyrządzić ze „swoich produktów”. 
 
Najpierw upiekłam bułeczki z przepisu @kwestiasmaku – wyszły cudowne! Podpieczone na złoty kolor, posypane chrupiącym sezamem i mięciutkie w środku. Jak wspaniale, że wyszło ich aż dziesięć, bo to oznacza, że mogę je jeść nie tylko do burgerów na obiad ale i jako kanapkę na kolację!
 
 
Oddzielnie zrobiłam domowy sos BBQ, na bazie sosu Worcestershire, czerwonego wytrawnego wina i sosu sojowego, pokroiłam warzywa i przygotowałam plasterki sera. 
Dodatkowo w czerwonym winie, cukrze trzcinowym i odrobinie ostu przyrządziłam czerwoną cebulkę.
 
Dla P. zrobiłam kotlety wołowe, takie tradycyjne burgerowe, dla siebie kotlet z ciecierzycy. Właściwie masa na niego była przygotowana jak na falafel i podpieczona w piekarniku (z pozostałej masy przy okazji zrobiłam mini falafele, które uwielbiam podawać z sosem ziołowym i surowymi warzywami). 
 
Teraz mogę z nieskrywaną przyjemnością zjeść burgera! Kolejne kulinarne podboje niebawem 😉
 
Buziaki! <3
 

To był zdecydowanie dobry rok!

Początek roku skłania do chwili refleksji. To dobra okazja aby pomyśleć, za co jesteśmy wdzięczni, z czego dumni, w czym zrobiliśmy postępy i jednocześnie do zaplanowania celów na kolejny rok. 
 
Oczywiście, możesz to zrobić „w głowie” jeżeli tak jest dla Ciebie lepiej, dla mnie jednak od zawsze słowo pisane miało jakieś szczególne znaczenie. Dlatego właśnie na przełomie grudnia i stycznia roku kolejnego, siadam na chwilę w fotelu i piszę..
I wiesz co sobie myślę? Ileż w tym roku się wydarzyło!
Zarówno w obszarze rozwoju zawodowego, mojego rozwoju jako młodej kobiety i po prostu człowieka ale także w naszym rodzinnym gniazdku.
 
W tym roku zawodowo weszłam na inny poziom. Dużo się nauczyłam. Ostatnie kilka miesięcy było bardzo intensywnie każdej sferze. Rozpoczęłam nowe studia z obszaru, który od zawsze mnie fascynował – psychologii. Poznałam niesamowitych ludzi, od których czerpię garściami mądrość życiową i doświadczenie – a to coś niesamowicie cennego.
 
Przeszłam proces coachingowy z którego niesamowicie wiele wyciągnęłam. Wykonałam kawał dobrej roboty i choć wciąż zauważam jakie obszary mojego „ja” wymagają pochylenia się – praca nad sobą to nie coś co „wkujesz na pamięć i już masz”, to proces – to po tych kilku miesiącach widzę u siebie ogromne zmiany. Zainspirowało mnie to mocno do rozważenia nowych kierunków zawodowych, ale o tym może innym razem 😉
 
 
 
 
Chyba największym wydarzeniem tego roku jest fakt, że zaręczyliśmy się z P, i tak tym szczęściem zarażamy już od jakiegoś czasu, planując jednocześnie ślub – coś wspaniałego i ekscytującego!
Przede wszystkim jednak cieszę się, że kolejny wspólny rok za nami, że nie ważne co się wydarzyło czy wydarzy to mamy siebie, stoimy za sobą murem i wspieramy się każdego dnia. Obserwuję jak z roku na rok nasz związek ewoluuje i zmienia się na coraz lepsze. Mieć taką osobę przy boku, to prawdziwe szczęście i żadne skarby świata tego nie zastąpią. Życzę tego każdemu z całego serca. 
 
Ostatnie 12 miesięcy było też czasem spełniania marzeń, także tych podróżniczych. P postanowił spełnić moje największe i pojechaliśmy do Stanów! Od dziecka marzyłam, by zobaczyć to wszystko na własne oczy, żeby spróbować kawy na „dolewki” w śniadaniówce rodem z filmu, jedząc przy tym pankejki z syropem klonowym i podbierając bekon z talerza P. 
Zwiedzając San Francisco i okolice, zrobiliśmy pieszo jakieś 500 km, a dla mnie taki aktywny wypoczynek i zwiedzanie, to po prostu pełnia szczęścia!
 
To było jedno z tych przeżyć, którym jeszcze nie dowierzam kiedy oglądam fotografie (a właśnie po ponad 2 miesiącach zabrałam się za ich uporządkowanie i wywołanie, co poskutkowało pięknymi nowymi obrazami na naszych ścianach).
 
Pojechaliśmy też w góry, co było naszym wspólnym planem już od dłuższego czasu. Oboje kochamy chodzenie po górach i smak grillowanego oscypka z żurawiną, więc kiedy już spakowaliśmy walizki do samochodu, zapakowaliśmy naszego Gustawa i ruszyliśmy w trasę na Karpacz – uśmiechy nie schodziły nam z twarzy. Ten urlop była nam potrzebny i mieliśmy niesamowitą frajdę!
 
Rok 2019 był dla nas cudowny! Dzięki niemu, patrzę w kolejny z ekscytacją! 
 
Postanowienia/cele? Tak, mam zaplanowane i już zacieram ręce do pracy nad nimi 🙂 
Myśl przewodnia? Nie oglądać się za siebie. Skupić się na tym co tu i teraz, by nie stracić żadnej chwili. Po prostu być. 
 
 

Święta, święta. O najpiękniejszym miesiącu w roku i z wdzięczności za piątą choinkę.

christmas decoration

Uwielbiam zapach grudnia. Grudzień pachnie choinką, pomarańczą, cynamonem i piernikiem. Pachnie też ekscytacją, „główkowaniem” jaki prezent sprawi bliskiej osobie największą radość, dekorowaniem domu i radosnym odliczaniem dni do Wigilii. Dla mnie to najpiękniejszy miesiąc każdego roku, pomimo tego że to zima, a ja należę raczej do ciepłolubnych. 

Uwielbiam grudzień i okres świąteczny i mimo, że prawdę o Świętym Mikołaju dawno już poznałam, to cieszę się jak dziecko na te wszystkie grudniowe Bożonarodzeniowe czynności. Pieczenie pierniczków, wieczory z grzańcem.. planowanie i organizowanie prezentów – to mnie straszliwie kręci! I do tego jeszcze te wszystkie piosenki, kolędy i cała gama zimowych dźwięków. 

presents
Ten grudzień jest wyjątkowy, bo ubierzemy razem już piątą wspólną choinkę i właśnie zdałam sobie z tego sprawę. Tym wpisem, chcę podziękować mojemu Miśkowi że upoluje i wniesie tę choinkę na drugie piętro po raz piąty (dzięki Bogu w tym roku mamy już windę), że po raz piąty będzie udawał, że wcale nie domyśla się jaki prezent pod choinką znajdzie i że po raz piąty będę mogła szepnąć mu do ucha, jak bardzo mi dobrze z tym, że tworzymy tę grudniową (i nie tylko) rzeczywistość razem. To dla mnie ważne.
 
Nie wiem kiedy ten czas tak zleciał (wiem, brzmię jak jakiś stary człowiek). Kiedy przypomnę sobie ten pierwszy grudzień, pomyślę ile już zdarzeń wspólnie doświadczyliśmy i to skrajnie różnych, z całą gamą emocji (a to przecież dopiero początek) to zaczynam się robić jakaś taka sentymentalna. Miło wspomina się ten czas. 

W tym roku naszła mnie jakaś taka myśl, że dziś już niestety trudno o magię Świąt. Wszyscy pędzimy przez cały okrągły rok, nagle 24 grudnia zatrzymujemy się na moment żeby zaraz po 2 stycznia wpaść w Nowy pęd oczywiście z nowymi postanowieniami. 

 

Robi się z tego takie życie na przetrwaniu – od Świąt byle do ferii, od ferii byle do Wielkanocy, a stamtąd to już byle tylko do wakacji i tak w kółko… a potem co, byle do końca tego ciężkiego życia? Jakby życie było ciężką wędrówką, którą trzeba odbębnić. To smutne. Nie zgadzam się na to. Nie chcę w ten sposób. Życie jest cudowne, piękne, kolorowe, czasem stawia wyzwania ale one są jego częścią, elementem bez którego nie byłoby właśnie takie jakie jest. Życie jest super!

 
 
 
Jestem wdzięczna mojemu Miśkowi, że zatrzymuje dla mnie świat gdy dzieją się te piękne chwile. Potrafi oderwać mnie od pędzącej maszyny zwanej życiem codziennym i pokazać jak cudownie może być w naszym prywatnym slow motion. Dziękuję za to każdego dnia. Dzięki temu nie gubię ani magii Świąt, ani magii małych codziennych dobrych zdarzeń. 
 
presents window
W tym roku rozpoczęłam studia podyplomowe z Psychologii pozytywnej i w ramach zajęć miałam ‚przyspieszony’ dwudniowy warsztat Mindfulness. 

Nie wiem, czy kojarzysz ten nurt ale on mówi właśnie o tym (w dużym skrócie i uogólnieniu), jak nie tracić momentów ale uważnie ich doświadczać. Jak po prostu być, po prostu czuć, dać uwagę innym ale także sobie. 

To niesamowite, że dążąc do „szczęścia” potrafimy stracić kontakt z samym sobą, nie mówiąc już o tym jak tracimy kontakt z najbliższymi nam osobami. W efekcie oczywiście o szczęściu nie ma mowy.
 
Dla mnie te dwa warsztatów były cudownym momentem zatrzymania, i zdaniem sobie sprawy z tego co tak naprawdę daje mi szczęście i spełnienie, a co jest marnym substytutem. 

Zauważyłam na nowo, kiedy tylko udaję że jestem uważna, że słucham (niezależnie kogoś czy samej siebie). 
Idealnie złożyło się, że warsztaty odbyły się właśnie w grudniu, właśnie przed Świętami bo dla mnie ten czas sprzyja momentom zatrzymania i refleksji jak żaden inny w roku. 
 
 
Do Świąt jeszcze chwila, ale już teraz chcę Ci życzyć tego, abyś się cieszył/a, abyś doświadczał/a i na chwilę zatrzymał/a się – bo warto. Pozwól sobie po prostu być. Dla siebie, dla innych. 

American Dream – co zobaczyć w San Francisco i okolicach (fotorelacja)

Kiedy dziś w jesienny i chłodny wieczór przypominam sobie długie kalifornijskie i słoneczne dni i wspominam te wszystkie piesze wycieczki, kilometry przemierzone w poszukiwaniu najatrakcyjniejszych zakątków San Francisco – robi mi się ciepło na sercu. 
Wspomnienia i zdjęcia mają magiczną moc! 
 
Co warto zobaczyć? Opowiem Wam jak wyglądała nasza podróż – zdecydowaliśmy się na mój ulubiony środek transportu – nogi 😄 😄 Oczywiście nie wszędzie i zawsze ale staraliśmy się spędzić ten czas mega aktywnie. 
Nazajutrz po przylocie postanowiliśmy zacząć od śniadania w typowej amerykańskiej ‚śniadaniowni’ gdzie urocza kelnerka z american smile co rusz dolewała nam czarnej kawy do glinianych topornych kubków. Pancakes z truskawkami, sandwich z indykiem i serem czy jajka na bekonie to standard więc wszystkiego „po trochę” spróbowaliśmy. Obserwacja? Pyszne ale miało to chyba z milion kalorii 😛 
Po śniadaniu należało trochę tych smacznych kalorii spalić więc ruszyliśmy na podbój Fisherman’s Wharf wraz z Pier 39 i okolic. Szliśmy wzdłuż urokliwej ulicy usłanej wręcz palmami i nowoczesnymi przestrzeniami coworkingowymi – byłam zachwycona. 
Na miejscu kupiliśmy parę drobiazgów i słodyczy – byliśmy w jakimś słodkim królestwie z niezliczoną ilością pysznych cukierków, żelków, czekolad i innych – no raj na ziemi można powiedzieć!
Z Fisherman’s Wharf poszliśmy w stronę China Town mijając po drodze Russian Hill i włoską dzielnicę. To co zwróciło naszą uwagę to ilość pięknych murali. Artyści podpisują się pod swoimi dziełami – ozdabiają całe miasto, coś niesamowitego. 
 
Jako, że teren w San Francisco to głównie wzgórza i pagórki – dochodząc do Chińskiej dzielnicy umieraliśmy już z głodu i pragnienia. Znaleźliśmy cudowną chińską restaurację – to było coś! 
Samo China Town to przede wszystkim masa ludzi, targi z najróżniejszymi owocami i warzywami oraz mnóstwem bibelotów, które można nazwać po prostu kiczowatymi – tworzyły jednak tamtejszy klimat.
Jak się zapewne domyślacie po China Town kiedy już dotarliśmy do hotelu padliśmy na łóżko bez sił. Trochę nam zajęła regeneracja ale żeby nie stracić wieczoru postanowiliśmy jeszcze wyjść i zobaczyć miasto nocą. 
 
Hotel mieliśmy właściwie w centrum więc kolacja i piwo przy Union Square w jakimś fajnym miejscu były na wyciągnięcie ręki. 
Wiecie z czym kojarzą mi się tamte wieczory? Z odgłosami żywego miasta, dziadkiem na wózku który poruszał się w rytm  latynoskiej muzyki lepiej niż nie jeden dwudziestolatek, młodymi ludźmi pokazującymi swoje talenty przy Union Square i tym uczuciem szczęścia rozchodzącego się po całym ciele – to był wspaniały dzień. 
Kolejnym razem ciąg dalszy!
 
Buziaki
E.