American Dream – co zobaczyć w San Francisco i okolicach (fotorelacja)

Kiedy dziś w jesienny i chłodny wieczór przypominam sobie długie kalifornijskie i słoneczne dni i wspominam te wszystkie piesze wycieczki, kilometry przemierzone w poszukiwaniu najatrakcyjniejszych zakątków San Francisco – robi mi się ciepło na sercu. 
Wspomnienia i zdjęcia mają magiczną moc! 
 
Co warto zobaczyć? Opowiem Wam jak wyglądała nasza podróż – zdecydowaliśmy się na mój ulubiony środek transportu – nogi 😄 😄 Oczywiście nie wszędzie i zawsze ale staraliśmy się spędzić ten czas mega aktywnie. 
Nazajutrz po przylocie postanowiliśmy zacząć od śniadania w typowej amerykańskiej ‚śniadaniowni’ gdzie urocza kelnerka z american smile co rusz dolewała nam czarnej kawy do glinianych topornych kubków. Pancakes z truskawkami, sandwich z indykiem i serem czy jajka na bekonie to standard więc wszystkiego „po trochę” spróbowaliśmy. Obserwacja? Pyszne ale miało to chyba z milion kalorii 😛 
Po śniadaniu należało trochę tych smacznych kalorii spalić więc ruszyliśmy na podbój Fisherman’s Wharf wraz z Pier 39 i okolic. Szliśmy wzdłuż urokliwej ulicy usłanej wręcz palmami i nowoczesnymi przestrzeniami coworkingowymi – byłam zachwycona. 
Na miejscu kupiliśmy parę drobiazgów i słodyczy – byliśmy w jakimś słodkim królestwie z niezliczoną ilością pysznych cukierków, żelków, czekolad i innych – no raj na ziemi można powiedzieć!
Z Fisherman’s Wharf poszliśmy w stronę China Town mijając po drodze Russian Hill i włoską dzielnicę. To co zwróciło naszą uwagę to ilość pięknych murali. Artyści podpisują się pod swoimi dziełami – ozdabiają całe miasto, coś niesamowitego. 
 
Jako, że teren w San Francisco to głównie wzgórza i pagórki – dochodząc do Chińskiej dzielnicy umieraliśmy już z głodu i pragnienia. Znaleźliśmy cudowną chińską restaurację – to było coś! 
Samo China Town to przede wszystkim masa ludzi, targi z najróżniejszymi owocami i warzywami oraz mnóstwem bibelotów, które można nazwać po prostu kiczowatymi – tworzyły jednak tamtejszy klimat.
Jak się zapewne domyślacie po China Town kiedy już dotarliśmy do hotelu padliśmy na łóżko bez sił. Trochę nam zajęła regeneracja ale żeby nie stracić wieczoru postanowiliśmy jeszcze wyjść i zobaczyć miasto nocą. 
 
Hotel mieliśmy właściwie w centrum więc kolacja i piwo przy Union Square w jakimś fajnym miejscu były na wyciągnięcie ręki. 
Wiecie z czym kojarzą mi się tamte wieczory? Z odgłosami żywego miasta, dziadkiem na wózku który poruszał się w rytm  latynoskiej muzyki lepiej niż nie jeden dwudziestolatek, młodymi ludźmi pokazującymi swoje talenty przy Union Square i tym uczuciem szczęścia rozchodzącego się po całym ciele – to był wspaniały dzień. 
Kolejnym razem ciąg dalszy!
 
Buziaki
E.

Nasza podróż do USA! Przygotowania.

San Francisco view

Jako mała dziewczynka, marzyłam o tym aby pewnego dnia pojechać do Stanów. Odkąd zaczęłam oglądać amerykańskie produkcje, odkąd po raz pierwszy zapisałam się na zajęcia z jęz. angielskiego – podróż do USA stała się numerem jeden na liście moich marzeń. To niesamowite uczucie, kiedy coś co dla małej dziewczynki z małego miasta wydaje się tak odległe – teraz, po latach doświadczeń stanie się rzeczywistością!

I w tym miejscu ślę ogromne „dziękuję” mojemu ukochanemu, bez którego ta podróż nie nastąpiłaby tak szybko. Kochanie, spełniasz jedno z największych marzeń! <3

Zawsze odkładałam tę podróż na później, z czasem stała się już punktem na liście, do zwiedzenia „za jakiś czas” – aż tu nagle pewnego „normalnego” sierpniowego popołudnia P. oznajmia ni z tego ni z owego, że pod koniec września jedziemy do Stanów.. w pierwszej chwili sądziłam, że sobie żartuje.. ale jak to.. wizy, urlop, pozwolenia.. i to niby tak szybko? No i z jakiej niby racji?

Ano tak! Jedziemy, naszą „bazą” będzie piękne i słoneczne San Francisco w Californi, a stamtąd już będziemy odwiedzać te miejsca i miasta, które wybierzemy.
Wybieramy się na targi TechCrunch – jedne z największych targów poświęconych innowacjom i nowym technologiom na świecie – koniecznie zrobię relację na blogu z tego wydarzenia, bo uwierzcie – będzie niesamowite!

Nasze przygotowania zaczęliśmy od ubiegania się o wizę. I tutaj, choć spodziewałam się długiego i trudnego procesu – poszło dość gładko.

Na początku trzeba na stronie ambasady wypełnić formularz (chyba to był najdłuższy etap, bo pytania jakie się pojawiają bywają dość szczegółowe – najbardziej zabawne były te o ilość byłych małżonków lub o to, czy nie wybieram się za granicę w celach popełnienia przestępstwa 🙂 Później już jest łatwiej – dokonuje się opłaty wizowej, tworzy specjalny profil na stronie ambasady i po zaksięgowaniu wpłaty – umawia się wizytę w ambasadzie.

To co może przerazić – to ilośc różnych linków, które trzeba otworzyć by przebrnąć przez proces.
Bardzo ważne jest wydrukowanie: potwierdzenia umówienia wizyty, potwierdzenia złożenia wniosku, zabranie również paszportu (aktualnego i poprzednich). Z takim kompletem można ruszać na wizytę do Stolicy.

Po przybyciu pod ambasadę, wystarczy ustawić się w kolejce. Nie musicie martwić się, że Wasza wizyta jest za parę minut, kolejka na 20 osób i nie wiecie, o której dostaniecie się wreszcie „do okienka”.
Przed ambasadą, pracownik ambasady ustawia ludzi w kolejce i sprawdza potwierdzenia umówienia wizyty i podaje dalsze szczegóły. O wszystkim Was poinstruują, naprawdę nic strasznego 🙂

Nam całość wizyty zajęła około godziny (2 osoby). Całość procesu ubiegania się o wizę od złożenia wniosku do otrzymania paszportu z wizą – 2 tygodnie (od spotkania w ambasadzie w ciągu 4 dni otrzymaliśmy wizy).

Tak jak na początku obawiałam się samego procesu tak dziś wiem, że jedyna „trudność” to czasochłonność wypełniania formularzy i konieczność podróży do Warszawy.
Na szczęście przez najbliższe 10 lat nie będziemy musieli powtarzać tych czynności 🙂

Teraz przed nami inne wyzwania, o których napiszę wkrótce!

Buziaki,

E.