Ten wpis zaczęłam przygotowywać już jakiś czas temu. Jednak dziś dopiero poczułam, że jestem gotowa by go dokończyć i opublikować. Dlaczego temat straconych szans był dla mnie trudny do skonfrontowania z samą sobą? Być może, choć wiedziałam że zdanie zawarte w tytule jest słuszne, pod skórą czułam że nie do końca jego słuszność stosuję w życiu? 
 
Już kilka razy „zaczynałam od nowa”. Czy to w kwestii szkół które wybierałam, znajomości jakie zawierałam czy choćby tak prozaicznych działań jak przejście na wegetarianizm lub nauka nowego języka. W życiu nie zawsze jest tak, że idzie jak z płatka. O ile w kwestii diety byłam w stanie przeboleć kolejną „porażkę” w postaci steka z frytkami zamiast falafela (po jakimś czasie dopiero dotarło do mnie, że nie muszę całkowicie rezygnować z mięsa, przynajmniej nie tak gwałtownie, mogę po prostu mięso znacznie ograniczyć bez katowania się za zjedzenie burgera), o tyle już w kwestiach o wyższej randze w moim systemie wartości i ważności jak relacje z ludźmi czy decyzje edukacyjno-zawodowe nie było tak łatwo. 
 

 

Czy istnieją stracone szanse? Dla mnie nie! Każda sytuacja, w której coś nie „nie wyszło”, coś się skończyło lub gdzieś powinęła mi się noga – ostatecznie otwierała zupełnie nowe drzwi za którymi czekało coś wspaniałego!
Przykłady? Gdyby nie decyzja, żeby przerwać po dwóch latach pierwsze studia na jakie poszłam – optykę okularową z optometrią (nie od razu czułam się z tą decyzją dobrze i komfortowo, bo była wbrew niemal wszystkim „dobrym radom” jakie słyszałam) – zapewne do dziś nie odkryłabym, że to praca z ludźmi daje mi największą satysfakcję, niekoniecznie robienie i dobieranie okularów. Pamiętam, że gdy postanowiłam zrobić ten krok kilka lat temu tylko P. wspierał tę decyzję i wierzył, że jest dobra bo ja tak czuję, bez oceniania i doradzania.
Gdyby nie kilka pogmatwanych relacji w moim życiu, które zakończyły się bolesnym fiaskiem – pewnie nie spotkałabym miłości swego życia, mojego P. 
Gdyby praca nie przeszkodziła nam niemal dwa lata temu w wyjeździe na wakacje, dziś nie byłoby z nami naszego adopciaka – Gustawa. To właśnie wtedy postanowiliśmy z P., że w sumie skoro zostajemy to może spełnimy nasze marzenie o małym czworonożnym przyjacielu, może damy mu dom. To była świetna decyzja, bo ten kundelek totalnie wypełnił nasz dom, nie wyobrażamy sobie dziś naszych czterech ścian bez niego. 
 
Znalazłabym jeszcze kilka takich sytuacji. Chodzi mi jednak o to, żebyś nie biczowała się za to że jakieś drzwi się zamknęły, że jakiś człowiek/ludzie zniknęli z Twojego życia. Tak się po prostu dzieje. Jeżeli żyjesz w zgodzie ze sobą, stawiasz granice – to zawsze znajdzie się ktoś komu to nie będzie pasowało i być może odejdzie. Na jego miejscu pojawi się ktoś inny, dla którego Twoja indywidualność będzie czymś normalnym, nie będzie chciał tego na siłę zmieniać. 
 
Ja dziś na takie sytuacje nie patrzę jak na „stracone szanse” ale po prostu zmiany, lekcje, nowe możliwości. Nie zawsze jest łatwo, lekko i przyjemnie – nie w tym przecież rzecz. Chodzi o to, by nadawać tym zdarzeniom sens i akceptować fakt, że występują. Tylko tyle i aż tyle 🙂
 
 

Recommended Posts